wtorek, 5 stycznia 2016

How can I sleep, if i don't have dreams; I just have nightmares


Nyah One Shot

Noah
 Na jej porcelanowych policzkach wykwitły rumieńce, a ciało drżało w niespokojnym śnie. Była taka drobna; jej nadgarstek mógł objąć swoją dłonią co najmniej dwukrotnie. Niewiarygodne, że nie złamały się jeszcze pod ciężarem katorżniczej pracy, którą stale sobie wynajdywała.
 Z jednej strony czuł potrzebę nieustannego jej chronienia, z drugiej ją podziwiał. Za determinację, nieprzeciętną inteligencję, niepowtarzalny sposób bycia. Ogarniała go frustracja, kiedy widział, że nie spała tej nocy. I poprzedniej, i jeszcze wcześniejszej. Jej upór, chory syndrom bohatera, przeświadczenie, o tym, że jest jedyną, która może wszystkim pomóc. Nawet, jeżeli miała przed sobą praktycznie niemożliwy do rozwiązania w pojedynkę problem, zawsze znajdowała wyjście, w którym nie musi uwzględniać proszenia kogoś o przysługę. Westchnął. Nie był odporny na odczuwanie zmartwienia. Jego ogromna empatia ciągnęła go w dół coraz głębiej, zbliżając się emocjonalnej samozagłady. Związek z nią nie był łatwy, był zmęczony, ale, cholera, był wdzięczy za każdą chwilę spędzoną z tą dziewczyną.
 Gwałtownie odwrócił spojrzenie od dalekich horyzontów, panoramy Salem. Lyra przekręciła się, cicho mamrocząc pod nosem. Wypuścił powietrze czując ulgę; był przewrażliwiony, przemęczony i przerażony. Miał wrażenie, jakby miała zniknąć za kilka chwil.
- Noah. - Zorientował się, że przygląda mu się badawczo, ze swoją zwyczajną troską w oczach.
W jednej chwili znalazł się obok, obejmując tę kruchą istotkę. Ledwie wyczuwalnie przebiegł dłonią po jej zapadłych policzkach, jakby obawiając się, że ukruszą się pod mocniejszym naciskiem. Przeniósł palce na jej rozpalony gorączką kark. Natychmiast wtuliła się w zagłębienie pomiędzy jego ramieniem a klatką piersiową.
- Tęskniłam, Noah. - W kącikach jej oczu  pojawiły się łzy, zamrugała szybko. Nie chciała, żeby je zobaczył. Widziała malującą się od kilku tygodni nieustanną panikę w jego spojrzeniu i to, jak śledził każdy jej najmniejszy ruch, nie mogła obarczać go widokiem, w którym płacze. - Tak bardzo mi Ciebie brakowało.
- Powinnaś spać jeszcze trzy godziny i osiemnaście minut, inaczej twój organizm wcieli w życie okropnie przebiegły plan sabotażu.
Rzuciła mu spojrzenie pełne niedowierzania.
- Zasnęłaś pierwszy raz od trzech dni, ale kiedy ostatnio przespałaś osiem godzin? - dodał cicho.
Niespodziewanie brutalnie wczepiła się w jego koszulkę, nie mogąc powstrzymywać się dłużej. Czuł, jak się trzęsie przez uchodzące emocje.
- Nie mogę - mówiła niekontrolowanie kręcąc głową, głos załamywał jej się bardziej z każdym wypowiadanym słowem. - Widzę ich twarze. Bastiana, Vivien, Satine, wszystkich. Patrzę jak umierają. Jak ich serca stopniowo przestają bić, jak krztuszą się własną krwią wypływającą ze wszystkich skrawków ich wyczerpanych ciał. A ja nie mogę im pomóc, tylko obserwuję, patrzę na życie opuszczające ich z każdą minutą. - Oddychała coraz szybciej i płycej, nie mogąc zaczerpnąć powietrza. - Tak będzie to niedługo wyglądało, jeśli nic zrobię, muszę coś zrobić, nie mogę stać bezczynnie, nie mogę tego zignorować, ale ja po prostu nie mam pojęcia w jaki sposób, jak im pomóc, czuję tą okropną bezradność, nienawidzę tego, nienawidzę, nienawidzę.
 Nie był w stanie patrzeć na to, jak gwałtownie się rozpada. Złożył lekki pocałunek na jej pełnych, gorących ustach. Potem scałował łzy z policzków, musnął rozpalone czoło i szyję. Przesunął ręką po jej wyczuwalnych od długotrwałego niespożywania posiłków żebrach. Nie zdziwiłby się, gdyby jedyną rzeczą, którą ostatnio przyjmowała była pozbawiona jakichkolwiek walorów smakowych czarna kawa z torebki.
 Odwzajemniła pocałunek przenosząc dłonie na jego pięknie zarysowane mięśnie brzucha. Uśmiechnął się lekko, kiedy subtelnie dotknęła jego ud. W dalszym ciągu nie przestawała go zadziwiać. Jednak odsunął się, to nie był dobry moment.
- Zachowywanie tego dla siebie samej nie jest rozwiązaniem, minha querida.
- Minha querida? - W jej oczach obok bezdennego smutku pojawił się płomyczek rozbawienia.
- Moje kochanie.
Ostatni raz złożyła mu pocałunek na delikatnie wykrojonych ustach. A potem nadszedł już tylko sen, który nie wydawał się być tak straszny, kiedy był obok, aby ochronić ją od okropnych wizji, nawiedzających jej umysł przez ostatni czas.


Jednorazowo pożyczyłam postać od Eller; 
one shot obrazujący relację Noaha i Lyry, yours 
rosie

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

"What is that place filled with so many wonders...?"



Reed Mackenzie
22 lata
Nocny Łowca skażony likantropią
Wychowana w świecie Przyziemnych

"We're family, but so much more
No matter what comes, we will face the weather"

 Ojciec piątki dzieci, Scott Mackenzie, w noc przed dziesiątymi urodzinami swojej najmłodszej córki, Reed, ma sen, w którym ponoć objawia mu się anioł. Istota tłumaczy mu, że musi on porzucić swoje dotychczasowe życie, aby stworzyć perfekcyjną społeczność. Tak oto powstał Obóz Zbawienia, sekta zarządzana przez Scotta. Reed spędziła więc całkiem sporo lat w zamkniętej przestrzeni, uzyskując podstawowe wykształcenie od nauczycieli, wyznających wiarę w perfekcyjną społeczność. Nawiązywała również kontakty z rówieśnikami, którzy nauczyli ją jak kłamać i się buntować, ponieważ z jakiegoś powodu rodzeństwo tego nie zrobiło. Wkrótce zaczęła łamać zasady Obozu tak, aby nikt się nie dowiedział. Pozostały jej przez to pamiątki w postaci blizn w różnych częściach ciała, obecnie wyblakłe i słabo widoczne.

"When I was a little girl and the sun was going down
The darkness and the shadows, they would always make me frown"


 Reed zawsze bała się ciemności i nie złamała tylko jednej zasady Obozu: wychodzenie nocą. Owszem, zdarzało jej się uciec za dnia, jednak nigdy wtedy, kiedy nigdzie nie było widać ani jednego światła. Pewnego dnia postanowiła postawić się tej jedynej zasadzie, jaka jej pozostała do złamania. Tym razem nie zaangażowała do tego swojej grupy przyjaciół, którzy towarzyszyli jej w każdym numerze. Samotnie przedarła się przez bramy. Kiedy już ucieszyła się, że udało jej się dokonać czegoś, czego nie dokonał nikt, ujrzała dwie postaci. Przeraziła się, bo stwierdziła, że to zapewne ciemne anioły, o których mówił jej ojciec. Następnego dnia opowiedziała o tym Scottowi, który stwierdził, że osoba wyśledzona przez ciemne anioły nie może przebywać w Obozie Zbawienia. Dwudziestoletnia Reed, która spędziła już dziesięć lat w Obozie, nie wyobrażała sobie życia "na zewnątrz". Jednak przeszywała ją nutka adrenaliny i ciekawości tego, jak świat zdołał się zmienić. 

"I know it's wrong, but what does it matter?"


 Ze względu na to, że Reed nie miała za co się utrzymać zaczynał ją dręczyć głód. Zaczęła kraść, co dodawało jej niezbędnej adrenaliny. To sprawiło, że na oku miał ją mały gang złodziejaszków, do którego wkrótce dołączyła. Zamieszkała razem z nimi w niewielkim mieszkaniu, ale było to dla niej luksusem i możliwością regularnego dopływu emocji. Nie narzekała więc i ekscytowała się każdym możliwym "wyzwaniem", jak sama to nazywała. Najczęściej odwalała robotę, której reszta nie zechciałaby się podjąć z pewnych powodów. Miesiąc po dwudziestych drugich urodzinach Reed wypadło kolejne "wyzwanie", które się niestety nie udało. Przed policją uratowała ją umiejętność prędkiej ucieczki. Wtedy właśnie wpadła na Brennana, który czując od niej kradzione perfumy  zapach kłopotów i woń "czegoś wilczego" postanowił się jej bliżej przyjrzeć. Zamieszkała razem z nim, kompletnie nie mając nic przeciwko "dziwnemu" zachowaniu wampira. W końcu wystarczająco dużo widziała w Obozie. Dzięki zadawanym regularnie pytaniom Brennan upewnił się w tym, że Reed jest Skażona. Postanowił odprowadzić ją do Instytutu.

"It's time now for a new change to come
You've grown up and your new life has begun
To go where you will go 
To see what you will see
To find what you will be
For it's time for you to fullfil your destiny"


 Reed wolała Instytut od małego mieszkanka, w którym żyła razem ze złodziejaszkami. Większa przestrzeń była dla niej znacznie lepsza, bowiem oznaczało to więcej swobody. Treningi sprawiały, że mogła wykorzystać swoją energię w całkiem prawidłowy sposób, i, szczerze mówiąc, była to jej ulubiona część pobytu. Ciągle ciągnęło ją w stronę większej adrenaliny, jednak póki co wrażenia w Instytucie jej wystarczyły.

"I make mistakes from time to time
And now I know the real me"

 Reed ciągle czuje pociąg do spraw nowych i nie do końca bezpiecznych. Jest urodzoną ryzykantką, nie lubi się dostosowywać do zasad. Wszystko pragnie robić po swojemu. Nie znaczy to, że nie umie współpracować w grupie. Jeżeli chce, jest gotowa nawet się przyporządkować innym ludziom, pod warunkiem, że będą się liczyć z jej zdaniem choćby w części. Zazwyczaj pragnie sama kierować grupą, co wzięło się z jej eskapad z bandą dzieciaków z Obozu, podczas których zawsze była liderką. Ciągle uczy się dobrej współpracy i słuchania ze zrozumieniem, co nie zawsze jej wychodzi.

"They've crossed the line, it's time that we attack!"

 Reed najlepiej czuje się, używając broni obuchowej. Jej ulubionym modelem jest buzdygan rodzaju perskiego, z ukrytym w środku sztyletem. To sprawia, że musi włożyć trochę siły w zamachnięcie się, jednak to nie problem, ponieważ w razie braku sił może "wyciągnąć" sztylet. Tak można też zaskoczyć przeciwnika, który będzie oczekiwał ataku buzdyganem, a nie sztyletem. 

"Each one of us has something special
That makes us different, that makes us rare"

  • Jest dumna z każdej blizny, którą ma, i niezbyt cieszy się z tego, że wyblakły
  • Nie przyzna się do tego, ale kocha My Little Pony, które oglądała w tajemnicy przed ojcem...
  • ... i podśpiewuje piosenki, w szczególności "Art of the dress"
  • Zawsze chciała mieć psa, lecz nie pozwalano jej 
  • Została zadeklarowaną ateistką po wyrzuceniu z Obozu
  • Próbowała kiedyś śpiewać, choć kompletnie jej to nie wychodziło - nie wybierała właściwej tonacji, cóż
  • Uwielbia nasiona słonecznika w karmelu i mus jabłkowy

Postać Ewelajny
Twarzulki użyczyła Kelsey Sanders
Cytaty pochodzą z piosenek z MLP niemożliwe:
W tytule: "So many wonders"/"Tak wiele cudów"
"Apples to the core"/"Apples do ogryzka"
"Laughter song"/"Duchy"
"I'll fly"
"Celestia's Ballad"
*tutaj zapomniałam potem napiszę iksde*
"Bats"
"Let the rainbow remind you"

NARESZCIE TO ZROBIŁAM

czwartek, 6 sierpnia 2015

"A więc taki normalny pies warczy, kiedy jest zły, a macha ogonem, kiedy ma powód do radości. Ja zaś warczę, kiedy jestem zadowolony, a macham ogonem, kiedy ogarnia mnie wściekłość. Dlatego jestem zbzikowany." - Alicja w Krainie Czarów, Lewis Carroll





 ridley a. tennyson | dziewiętnasty lutego 1998 | nocna łowczyni wychowana 
w świecie przyziemnych | skażona genem czarownika


"Czterech baszt szarość murów strzeże,
Pod nimi łąka w kwiatach leży,
A na samotnej wyspie w wieży,
Pani na Shalott"


Przeszłość:
 Od dziewiątego roku życia jest pacjentką placówki psychiatrycznej Saint Michael's Mount Sanitarium, na południowo-zachodnim wybrzeżu Anglii; więc dosłownie rzecz biorąc - utknęła w ludzkim świecie.
Wszystko zaczęło się od wspomnień, które powracały stopniowo paraliżując jej poczucie realności.
Każde, nawet najmniejsze skojarzenie z przeszłością było pułapką, odgradzało ją od życia na godziny, które jej podświadomość traciła na znalezienie sensu tego, co przed chwilą ujrzała. Pułapką trzymającą ją w stanie, w którym nikt nie mógł do niej dotrzeć. Później nadeszły sny, te bezsensowne urywki wczesnego dzieciństwa, które doprowadziłyby do szaleństwa niejedną dorosłą osobę, a siedmioletnią Ridley do stale utrzymujących się stanów lękowych. Jej dłonie nieustannie się trzęsły, język plątał, więc siłą rzeczy jedyną osobą, która była w stanie utrzymać z nią kontakt była ona sama.
"Nic dziwnego, że w końcu tam trafiła" mówili, kiedy dziewięciolatka z Penzance została umieszczona w pobliskim zakładzie psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze.


"Dzień czy noc magii tka materię
Radość i kolor snuje wiernie.
Klątwa jej każe trwać tam biernie
Serce przebije, szepczą, cierniem
Gdy spojrzy choć na Camelot."


Od popadnięcia w emocjonalną próżnię uratował ją jeden człowiek, Przyjaciel, a przynajmniej tak myślała. Tak naprawdę był po prostu jednym z wielu naukowców-desperatów, którzy nadal wierzyli w powodzenie eksperymentu, mimo ich niezwykle burzliwego zakończenia. 
Informacja o najmłodszej w Europie pacjentce tego rodzaju zakładu, nie dawała Ridley zbyt wielu szans na pozostanie anonimową. Powiązani ze sprawą ludzie od razu domyślili się, że jeden z obiektów badań p a m i ę t a. Wiele możliwości, prawda? Pełnokrwiści zaczęli polowania na Skażonych; bycie pobocznym obserwatorem daje większe pole widzenia na sytuację. Można wykorzystać dopiero co znaleziony obiekt, kontynuować badania na większą skalę, dzięki niej są w stanie obserwować pozostałych Skażonych!
Od dłuższego czasu nie wymyślili nic tak świetnego, prawdziwi geniusze. 
  Nowo powołany, tajny sztab naukowy miał niewiele czasu, żeby przystosować obiekt ponownie do funkcjonowania w bardziej rozbudowanym społeczeństwie niż świetlica szpitalna. Przyjaciel wrócił, żeby przygotować Ridley do rozpoczęcia eksperymentu. Podstawowe reakcje organizmu na bodźce zewnętrzne i emocjonalne; uzupełnienie wiedzy z ostatnich ośmiu lat (naprawdę aż tyle zmarnowała w tej bezsensownej instytucji?). Przy okazji szybkie pytanie o życie w Idrisie. Nazwisko biologicznego ojca? Tego obiekt nie pamięta, ale miała wtedy zaledwie kilkanaście miesięcy, tego nie da się pamiętać. Z drugiej strony to dobrze, nie będzie jej ciągnąć do Pełnokrwistych. Wpływowy ojciec to ograniczenia.
 Ich ostatni dialog miał miejsce w środku nocy, na marmurowych schodach prowadzących do Instytutu. Proces przystosowywania się zakończył - obiekt wybrał nową tożsamość. 


"Lustro przeszyła niczym strzała
Wizja postaci lśniącej z dala.
Błysk słońca w liściach drzew ujrzała,
Zbroja wśród pól zamigotała,
Jechał przez las sir Lancelot."


Aparycja:
  Ridley jest wysoka, ma niecały metr siedemdziesiąt dwa wzrostu, chorobliwie chuda, a porcelanowa cera sprawia, że przypomina żywą replikę Królewny Śnieżki. Włosy, przed kilkoma miesiącami jeszcze złote, sięgające za delikatny zarys żeber, ścięła i przefarbowała na ciemnobrązowo. Jej twarz z dołeczkami w policzkach i dziecięcymi rysami wydawałaby się wręcz żartem losu, zważywszy na to, że ukończyła siedemnaście lat, ale dziwnym trafem budowa ciała Ridley jest również niewiarygodnie drobna. Będąc podczas trwania szkolenia, Dakota i regularne ćwiczenia Nocnych Łowców wymagają od niej, nie, żeby miała coś szczególnie przeciwko, chodzenia po Instytucie w stroju treningowym. Zazwyczaj są to po prostu cienkie spodnie dresowe i ulubiona wciągana przez głowę szara bluza, która podkreśla jej jasne, złoto-brązowe oczy.


Charakter:
Tak naprawdę trudno sobie wyobrazić, jak wiele z życia zabrał jej zakład psychiatryczny. Jakikolwiek rozwój emocjonalny Ridley zatrzymał się w wieku dziewięciu lat, więc na niektóre sytuacje reaguje w kompletnie irracjonalny dla postronnych sposób. Pomimo tego, że zauważyła, że sposobem bycia różni się od rówieśników, jest otwarta na wszystkich istniejących na świecie dosłownie. Troskliwa, wrażliwa, wyrozumiała; niczym bajkowa Ania Złote Serce. Nieustępliwa, jeśli chodzi o życie żywej istoty. Bezgranicznie wierzy, że każdy człowiek ma w sobie dobrą stronę, jest to jednak dziecięca ufność, co do której uważa, że ma podstawy, aniżeli zwykła naiwność. Lubi obserwować ludzi, z przekonaniem, że w człowieku można zobaczyć więcej, niż sam o sobie powie.
 Przez większość życia wtapiała się w tłum, więc nauczyła się odczuwać i przejmować emocje społeczeństwa. Własne uczucia wyraża niezwykle subtelnie, czasem niechcący obnażając rozbieżność między tym co okazuje, a tym co naprawdę czuje; wtedy wysyła tak zwane mieszane sygnały - irytujące dla innych i niemożliwe w kontrolowaniu dla niej. Podobnie jest z wyrażaniem zdania. Podczas dyskusji milczy, zachowując swoją zazwyczaj błyskotliwą i nieprzeciętną opinię dla siebie*.


Broń:
  Przed treningami nie miała do czynienia z bronią, a przez swój charakter raczej unika konfliktów, tym bardziej zbrojnych. Najlepiej idzie jej walka kunai (czarny sztylet używany przez ninja, którym można zadawać rany cięte oraz kłute, nadaje się też do walki na dystans).


"Zerwana nić jak cienki włos,
Zwierciadło pęka w odłamków stos,
'Klątwa nade mną' woła w głos,
Pani na Shalott." 


Rodzina:
- Ojciec Kendra Wayland (41 lat; obiektywny, błyskotliwy i makiaweliczny kanclerz w Idrisie. Pacyfista. Zajmuje się polityką pomiędzy Nephilim a Podziemnymi. Dąży do zaprzestania inwazyjnych działań Pełnokrwistych przeciwko Skażonym),
- Matka Acacia, z domu Rosewain (36 lat; inteligentna, ambitna, delikatna i czuła. Niespełniona naukowiec. Zajmuje się domem i edukacją dwóch synów),
- Brat Willow (14 lat; spontaniczny, utalentowany, z wielkimi marzeniami. Ponad wszystko pragnie stać się znanym Nocnym Łowcą - wojownikiem. Nigdy nie poznał siostry, ale wie o jej istnieniu),
- Przybrany brat Spencer (5 lat; pierwotnie Cartwright. Adoptowany przez Waylandów półtora roku temu. Osierocony przez rodziców, którzy zmarli podczas ataku demonów Behemothów).

W czasie rozpoczęcia eksperymentu Ridley miała dwa lata, a po ich rozwiązaniu od razu trafiła do rodziny zastępczej. Jedyny ślad po rodzicach to pierścień rodowy, który nosi na łańcuszku, jednak symbol jest tak starty, że nie umie go rozpoznać.



"Patrzy wzdłuż brzegów rzeki Pani,
Wzrok jej świat barwi nieszczęściami,
Jak jasnowidza spojrzeniami.
Tak, z zasnutymi mgłą oczami
Patrzyła w stronę Camelot."


Inne:
- Choruje na przewlekłą postać niedokrwistości aplastycznej, czego skutkiem są m.in pojawiające się znikąd siniaki, czy częste krwawienie z nosa
- Pierwotnie nosiła imię Aurelie 
- Na dolnej części pleców, mniej więcej poniżej lewej nerki, ma bliznę po ugryzieniu demona Scorpiosa
- Ma wymyślonego przyjaciela o imieniu Bellamy
- Pochłania tonami masło orzechowe i sok pomarańczowy w kartonikach ze słomką
- Mówi po angielsku z brytyjskim akcentem
- Jest uczulona na złoto
- Jej ulubionym autorem jest Tennyson i Lewis Carroll. W Saint Michael's niemal obsesyjnie wyszukiwała podobieństw między sobą, a Lady of Shalott z poematu, tak samo z Alicją
- Cierpi na parasomnię i bezsenność - pozostałości z zakładu psychiatrycznego
- Interesuje ją kosmos; gdyby mogła zostałaby astronautką (lub chirurgiem)
- Uwielbia się uczyć i bardzo łatwo zapamiętuje informacje
- Przegapiła osiem lat poznawania najlepszych produkcji filmowych, więc teraz namiętnie je nadrabia







Postać rosie 
(administratorka, wcześniej lee)
Bużka Acacia Brinley
Wszystkie cytaty z "The lady of Shalott" - Alfred Tennyson



* zatrzymał się rozwój emocjonalny, nie umysłowy. Spokojnie można ją nazwać skrzywdzonym przez okoliczności geniuszem.
makiawieliczny - po krótce, osoba wyjątkowo zaprzysiężona zasadzie "cel uświęca środki"



niedziela, 14 czerwca 2015

Stado

Satine
Co ranek obiecywałam sobie, że zabiję Dakotę. Co śmieszniejsze, wizje, jak walę go młotkiem w głowę, nad którą krążą później gwiazdki, pomagały we wstawaniu o piątej rano. Przez pierwsze kilka dni czułam się obnażona bez makijażu i charakterystycznego ubioru, który nie nadawał się do treningów. Włosy też musiałam nosić związane. Powoli się jednak przyzwyczajałam.
Zwlokłam się na dół. W kuchni był tylko Noah. Ze skupieniem wodził oczami miedzy  masłem orzechowym, Nutellą i dżemem. W milczeniu przeszłam obok, otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej sok pomarańczowy. Całe moje ciało błagało o kawę, ale wiedziałam, że mogę nie przeżyć spadku kofeiny. Albo ktoś przez mój fatalny humor może nie przeżyć.
- Truskawki czy banany?- zapytał wilkołak, nie podnosząc wzroku.
- Banany. – Zatrzasnęłam lodówkę, popychając drzwi biodrem.
Chłopak wziął truskawki, na co tylko przewróciłam oczami.
Głowicie się pewnie, dlaczego wstaję przed wszystkimi, żeby tylko wypić sok. Ale… Lubię ich. Skażonych. Mam jakąś taką dziwną potrzebę przywitania ich z rana, rozmawiania z nimi. Prawda jest taka, że jesteśmy samotni i zdani na siebie. Nie ważne, czy mamy rodziny, obrońców. Nasz świat ogranicza się teraz do tego Instytutu i choć jest on przeludniony, to i tak wydaje się… pusty. Jesteśmy silni. Osoby, które tu zostały są silne. Nie jesteśmy jednak samotnymi wyspami. Może więzi, które teraz zawiązujemy w nieodległej przyszłości przysporzą nam niepotrzebnego bólu. Może. Ale bardziej niż wyszkolenia i kryjówki trzeba nam teraz drużyny. Watahy.
Może coś jest w tym, że Sam powiedział, że więcej we mnie wilkołaka niż Nefilim. Pomińmy zdanie, w którym stwierdził, że szeregi Nocnych Łowców nie zasługują na Satine Dieudonne i zniszczą ją prędzej czy później.
Drgnęłam, gdy ktoś pstryknął mi palcami przed twarzą.
- Mówiłam dzień dobry- mruknęła Lyra. Boże, wyglądała jak zombie. Ta to nienawidzi wczesnego wstawania. Byłam zaskoczona jej widokiem, bo zwykle stara się spać jak najdłużej i wpada do sali treningowej na ostatnią chwilę z jabłkiem w zębach.
- Witaj. Jaka boska siła zmusiła cię do wyjścia z łóżka?- zapytałam z krzywym uśmiechem.
- Koty. – Pierwszy i ostatni raz usłyszałam, jak mówi to słowo z taką nienawiścią. – To na pewno męski sweter?- zwróciła się do Noaha, który właśnie z precyzją układał pastereczki truskawki na posmarowanym grubą warstwą Nutelli toście.
- Moda nie zna płci- odparł wyniośle.
- Nie mów mi, że przypomniałeś sobie, że jesteś gejem.
- Taki z niego gej jak i kucharz- mrugnęłam do Noaha.
Lyra teatralnym gestem przybiła mi piątkę, po czym zanurkowała w lodówce, skąd wyłowiła trzy serki waniliowe. Otworzyła jeden i zaczęła jeść widelcem. Nie skomentowałam tego.
- Nie udowodnicie mi, że nie jestem- burknął wilkołak, przeczesując jeszcze wilgotne loki. – To niewykluczone, więc muszę spróbować.
- Nie jesteś homo, zaufaj naukowcowi- stwierdziła Lyra z szerokim uśmiechem.
Skowyt, szczekanie.
Do kuchni wtoczyła się Vivien z plączącym się między nogami labradorem.
- Cześć wszystkim!
- Cześć i tobie- rzucił Noah, łapiąc ją w ostatniej chwili, kiedy ostatecznie potknęła się o psa.
Dakota, który szedł za nią, jedynie skinął głową. Nie da się nie zauważyć, że ta dwójka zawsze pojawia się razem. Kiedy rudowłosa w końcu uciszyła psa (karmą oczywiście), z westchnieniem opadła na kolana Dakoty.  Z ich codziennego zachowania można wnioskować, że albo są dobrymi przyjaciółmi, albo dojrzałym, stonowanym związkiem.
Vivien złapała jedno jabłko z kosza na stole, a drugie wcisnęła chłopakowi.
- Vi, widzisz w tym pokoju potencjalnego geja?- zapytała Lyra, kucając na krześle i wychylając się mocno w stronę dwójki starszych Nefilim.
- Zaraz zanurzysz cycki w jogurcie- uprzedziłam, dolewając sobie soku.
- Noaha w tym swetrze- wypaliła rudowłosa.
Lyra zawyła.
-Noah, zdejmij ten damski sweter- zarządziła nagle stoicko spokojnie. Oplułam się sokiem.
Chłopak wytrzeszczył oczy i spłonął rumieńcem. Biedny.
- Nie będziesz mnie tu rozbierać- fuknął. – W ogóle nie będziesz mnie rozbierać- sprostował z lekką paniką. Zacisnął dłonie w piąstki na brzegu swetra.
Lyra znudzona wywróciła oczami.
- Sam chciałeś.
Wychyliła się jeszcze mocniej i wpiła w jego usta. Jęknął cicho, ale się nie odsunął.
Ok. Lubiłam te poranki, muszę przyznać. Ale kiedy schodziło się więcej  młodzieży (dorośli wstawali raczej później, a nas zmuszał Dakota) i robiło się zbyt głośno, wychodziłam. Teraz chyba też był dobry moment.
- Uczulenie na cudze hormony- rzuciłam na dowidzenia.
***
Dakota
Vi wychowała się w rodzinnym gwarze, lubiła to. Ja jednak śladem Satine wolałem wymknąć się z kuchni, kiedy przyszli bracia Withelaw, Leanne i Astral.
- Idę już. Przypomnij im, żeby o szóstej byli na Sali- rzuciłem przez ramię do Vivien.
- Czekaj. – Złapała mnie za nadgarstek. – Muszę ci coś pokazać- dodała z krzywym, nerwowym uśmiechem na ustach.
Skinąłem głową. Nikt nie zauważył naszego wyjścia.
Vivien szła bardzo szybko, była spięta. Wydawało mi się, że wypuściła powietrze z płuc, dopiero kiedy zatrzasnęła za nami drzwi sterylnego, bardzo jasnego laboratorium. Milczała dłuższą chwilę. Strzelała stawami w palcach i unikając mojego wzroku, sięgnęła po swój charakterystycznym biały fartuch.
- Miętówkę?- zapytała, wyjmując ją z kieszeni fartucha.
- Nie, dzięki. – Zacząłem się niepokoić. – Vivien, o czym chciałaś porozmawiać?
Wsadziła sobie cukierek do ust, pogryzła i dopiero wtedy podjęła. Nadal nie patrzyła w moją stronę, tylko przeszukiwała dokumenty z czerwonej teczki.
- Powinnam była powiedzieć ci wczoraj, zanim zasnęłam. Ale nie mogłam się zdobyć i byłam zmęczona.- Zaczęła się plątać. – Szczerze to powinnam o tym porozmawiać z twoim ojcem, ale… tak jest łatwiej i…
- Vivien- przerwałem jej. Teraz naprawdę mnie zaniepokoiła. – Skup się.
- Przepraszam. – Odchrząknęła. – Dzięki Lemarie i May badania ruszyły do przodu. Wcześniej badałam ich sekwencje genetyczne, zaraz po pobraniu próbek, ale nie do końca wszystko rozumiałam. – Zaczęła rozkładać na metalowym blacie kartki podpisane nazwiskami Skażonych. – Te sekwencje to niezgodności, co ustaliliśmy już wcześniej. – Wskazała na fragmenty zaznaczone zielonym markerem. – Różnią się od tych, które znałam…- Zacisnęła powieki i splotła dłonie na karku. – Powinnam była rozpoznać krzyżowania gatunków, z którymi miałam styczność wiele razy oddzielnie. – Znów zniknął gdzieś opanowany ton naukowca. Pierwszy raz widziałem, że trzęsą jej się dłonie, choć znałem ją od tylu lat.
Narastała we mnie irytacja. Miałem ochotę nią potrząsnąć.
- Vivien, spokojnie- upomniałem ją trochę zbyt chłodno.
W końcu spojrzała na mnie.
- Dake, oni wszyscy umierają. Te niezgodności wprowadzają duże zmiany, część z nich na pewno się nie przyjmie, albo będzie kłócić. Nie dość, że gen jest nieaktywny, to powoli ich wybije.
Wciągnąłem powietrze przez nos. Spokojnie.
Vivien oplotła się ramionami i wbiła wzrok w kartki.
Spokojnie, jesteś przywódcą.
- Vivien...- zacząłem.
Spokojnie. Jeśli ty spanikujesz, spanikują wszyscy.
- Da się to odkręcić?
Pokręciła zrezygnowana głową.
- Może poprzez komórki macierzyste dawcy genu Podziemnych. Nie wiem jednak, czy to będzie działać długoterminowo.
- Długoterminowo?
- Dłużej niż kilka lat. -Nerwowo strzelała cały czas palcami. Niemiłosiernie mnie to irytowało. – Co i tak pewnie nie jest warte rozważania. Szansa, że znajdziemy choć jednego z dawców jest minimalistyczna. Hirato jest jakimś ewenementem, Lyra ma ogromne szczęście. Wszystkie dokumenty i akta badań spłonęły, a te przejęte przez Pełnokrwistych nikomu na nic się nie przydadzą. Nie ujawniono ani nie udokumentowano nigdzie danych personalnych Podziemnych, którzy brali udział w projekcie. – Zgarnęła papiery do teczki. – Dakota…- głos się jej załamał. – Nie wiem, jak ja któremukolwiek z nich spojrzę w oczy. – Odwróciła się w moja stronę. – Jak im to powiemy?
Przygryzłem wargę.
- Nie powiemy.
- Żartujesz- rzuciła zszokowana.
Spojrzałem gdzieś w bok.
- Nie.
- Dake, to ich ciała. Ich życia. Zasługują na to, by wiedzieć.
- Nie- powtórzyłem. – Stracą chęć do czegokolwiek. Nie będą żyć, tylko egzystować, czekać na śmierć. Do ostatniej chwili pozostaną w cieniu.
- A kiedy któreś z nich zacznie pluć krwią?- zirytowała się. – Stanie się podatne na wirusy, wszelkie możliwe choroby? Zginie, bo przeciwciała zaczną atakować potrzebne bakterie albo udusi się krwią? Co wtedy? – Nie odpowiedziałem. – No co?
- Nie wiem- warknąłem.
- Nie możemy tego ukrywać- upierała się.
- To im odbierze wolę walki. Kiedy natkną się na Pełnokrwistych, po prostu dadzą się im zarżnąć. Tego chcesz?
Długo nie odpowiadała, skubiąc rękaw fartucha.
- Z drugiej strony co mają do stracenia?
- Nie chodzi już tylko o nich.
- Przeciwnie. – Spojrzała na mnie. – To wszystko- zarobiła zamaszysty gest dłonią- jest przez nich i dla nich. Nocni Łowcy stoją na skraju wojny domowej przez Skażonych.
Czyżby mówiła to z wyrzutem? Zirytowało mnie to jeszcze bardziej.
- To też Nefilim. Też ludzie. Zobowiązaliśmy się ich chronić i będziemy to robić jak najskuteczniej aż do samego końca- stwierdziłem stanowczo.
- Jeśli chcesz dla nich dobrze, powiedz im- naciskała.
Nie miałem nic do dodania. Odwróciłem się i chciałem wyjść.
- Dake, to oni są nauką!- krzyknęła za mną. – Decyzja nie należy do nas.
- Już ja podjąłem.
***
Satine
Większość Skażonych urodziła się i wychowała jako Nocni Łowcy. Trafili pod skrzydła Dakoty, bo jeśli ktoś brutalnie i szybko mógł doprowadzić ich do perfekcji, to właśnie syn Verlaców. Nam, nowym w tym bagnie, było strasznie ciężko.
Przez kilka poprzednich dni pracowaliśmy z nożami. Są wielofunkcyjne, lekkie, łatwe do schowania. Ale to broń krótkiego zasięgu, wymaga szybkości i precyzji.
Nie radziłam sobie wybitnie dobrze, ale dosyć przyzwoicie. Co oczywiście nie jest wystarczające, żeby przeżyć w bezpośredniej konfrontacji z Pełnokrwistym albo demonem.
Nałożyłam strzałę na cięciwę. Naciągnęłam niezbyt mocno i wystrzeliłam. Pocisk utkwił w tarczy koło kilku innych. Nie perfekcyjnie po środku, ale blisko. To chyba moja broń. Ta, z którą będę miała szansę przeżyć.
Na początku Dakota chciał dać mi średniej długości łuk prosty, ale nie mogłam napiąć cięciwy. Potem dostałam lżejszy łuk refleksyjny i krótsze strzały. Z tym przynajmniej mogłam pracować. Najpierw strzelałam tak jak z długiego łuku, ale…
Przekrzywiłam łuk tak, że trzymałam go bardziej w poziomie, ale nie do końca. Ukośnie. Ułożyłam strzałę  wzdłuż ręki i naciągnęłam cięciwę.  Środek. Idealnie. Tak, to moja broń.
Spróbowałam drugi raz, ale strzeliłam sobie z całej siły cięciwą w przedramię. Wrzasnęłam i upuściłam łuk, przytulając rękę do brzucha. Czułam na sobie kilkanaście spojrzeń.
-Sierota- skomentował ktoś. Poczułam napływającą złość i już chciałam odpyskować, ale ktoś odezwał się pierwszy.
- Wcale nie. To było niezłe.
Nie mogłam się zdumieć pochwałą Dakoty jak należy, za bardzo skupiałam się na puchnącej, czerwieniejącej prędze na moim ramieniu.
- Po prostu za bardzo przekrzywiłaś łuk- dodał. – Próbuj dalej tak strzelać.
Poczułam dotyk jego dłoni na lędźwiach, potem uniósł wyżej moje łokcie.
- Taka postawa- mruknął. – Waga ciała rozłożona równomiernie na nogach.
Poprawiłam się i wystrzeliłam. Lotki załaskotały mnie w palce, kiedy strzała prześlizgnęła się miedzy nimi. Prawie w sam środek.
- Poza treningami powinnaś sama ćwiczyć z łukiem. Jeśli wypracujesz celność, twoim jedynym problemem będzie zachowanie odległości. Łuk nie sprawdzi się na krótki dystans, w małych pomieszczeniach…
Kurcze, powinnam sobie skombinować notes kółkowy i zapisywaćć wszystko, co spływa z tych zarozumiałych, wąskich warg Verlaca. Na okładce napiszę sobie „notuj albo giń”, albo inne motywujące hasło.
- Przepraszam, że przerywam.
Wszyscy znów się obejrzeli, ale tym razem nie odwrócili się w moją stronę, tylko do Vivien.
Dakota od razu cały się spiął, ale chyba tylko ja to zauważyłam, bo jak zwykle starał się nic nie dać po sobie poznać. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
- Vivien- rzucił sucho. – Nie powinnaś przerywać.
Czułam, że między tymi słowami jest jakiś dodatkowy przekaz i rudowłosa doskonale o tym wiedziała. Zignorowała go. Nawet nie spojrzała w jego stronę. Czuć było między nimi pewnego rodzaju chłód.
- Moi drodzy –zaczęła. – Przy pomocy mojego ojca, jaki May i Marie poczyniliśmy postępy. Rozszyfrowaliśmy wasze sekwencje genetyczne, których wcześniej nie rozumieliśmy. One...- Wzięła głęboki oddech, przymknęła oczy. – Kłócą się ze sobą. I będą masakryczne w skutkach. Śmiertelne- poprawiła się.
Cisza. Nikt się nie poruszył. Nie odezwał. Jakbyśmy woleli udawać, ze Vivien wcale tu nie weszła, że nie przekazała nam tych informacji. Ale się nie dało. Rzuciła na nas cień, który będzie nas prześladować.. Ile?
- Ile?- zapytałam zachrypniętym głosem.
- Słucham?- podniosła nam mnie wzrok.
- Ile mamy czasu?
- Od kilku miesięcy do kilku lat.
Czy poczułam się, jakby odroczono wyrok? Nie. Nic nie czułam. Nic.
- Powinniście o tym wiedzieć- mówiła dalej, ale teraz cichszym głosem. Dakota cały czas patrzył na nią chłodno, ona patrzyła na swoje paznokcie, a ja nie wiedziałam, gdzie spojrzeć. Starałam się ignorować zdruzgotane wyrazy twarzy osób dookoła. – Nie mam prawa nic przed wami ukrywać. Powinniście też wiedzieć, że teoretycznie komórki macierzyste Podziemnych dawców genów powinny oddalić albo zablokować następstwa choroby, ale odnalezienie ich… To nie możliwe. – Mówiła cały czas, jakby po prostu musiała zapełnić ciszę. – Przepraszam.
- Wystarczy- warknął Dakota. – Prosiłem cię- rzucił do rudowłosej. Skuliła się, jakby ktoś ją smagnął biczem. – Ale jak zwykle postanowiłaś działać samodzielnie. Teraz stąd wyjdź.
Wyprostowała się.
- Dakota. – Spojrzała na niego.- Ojciec prosi cię do siebie. Razem z Reed i Satine.
To powiedziawszy, odwróciła się i wyszła. Chwilę później Dakota i Reed. Niechętnie ruszyłam za nimi. Cała reszta nadal stała tam gdzie wcześniej, jak rzeźby z lodu.
***
Mimo, że Instytut miał tyle pięter, nikt nigdy nie pomyślał o windzie. Kiedy przez dobre kilka minut wspinaliśmy po spiralnych schodach, zaczęło kręcić mi się w głowie. Zdecydowanie jednak byłam w mniejszym szoku niż Reed. Szłam z nią ramię w ramię, kilka schodków za Dakotą.
- Satine?- zagadnęła mnie, odgarniając kaskady czekoladowych włosów z twarzy. Mimo że sporo nas łączyło, odezwała do mnie się chyba pierwszy raz. – Masz coś, co chciałabyś zrobić przed śmiercią?  
Miałam. Ale wątpiłam, że kiedykolwiek jeszcze do tego wrócę.  
- Przecież nie umieramy już teraz.
Wzruszyła ramionami.
- Kwestia dyskusyjna.
Jedną z rzeczy, które uwielbiałam w Instytucie było to, że przypominał mi stare angielskie szkoły w zabytkowych budynkach. Kochałam wysokie sklepienia żebrowe, te wszystkie kolumny, witraże… Najlepsze było to, że Instytut nie kojarzył się z kościołem. Zapisane na płaskorzeźbach historie oddawały cześć aniołom, ale nie Bogu. To była ich świątynia.
Dakota wszedł do gabinetu ojca bez pukania. Pan Verlac i tak używał go tylko do oficjalnych spraw albo kiedy miał gości. Nie lubił tam przesiadywać. Mawiał, że tu jest wieczny bałagan, za dużo kurzu i nudy unosi się w powietrzu.
- Tato, rozmawiałeś z Satine? – wypalił. – Jest niepoważna.
Reed wyglądała, jakby chciała wygłosić jakiś komentarz, ale się powstrzymała.
Pan Verlac skinął głową i zsunął okulary niżej na sam czubek orlego nosa. Szpakowate, przydługie kręcone włosy zwykle zaczesywał po prostu do tyłu, ale dziś ciasno je związał.
- Obawiam się, że jej ojciec zgadza się z tobą i choć nie postąpiła najroztropniej, to zgodnie z sumieniem. Nie bądź na nią za to zły.  
Dakota tylko pokręcił głową. Pan Verlac odchrząknął.
- Nie po to was tu zaprosiłem. Znasz Sama.
Dopiero teraz go zauważyłam. Siedział wciśnięty w ogromny, skurzany fotel w kącie. Pomachał do nas kurtuazyjnie z krzywym uśmiechem. Wstał zwinnie.
- Sam Wrayburn, alfa stada w Salem.
Błysnął uśmiechem, uścisnął dłoń moją i Reed. Nie muszę mówić, że doskonale go znam, ale Dakota czasem zachowuje się jak zestresowana, nadopiekuńcza matka, szczególnie w moim przypadku, dlatego oczywiste było zachowanie pozoru.
- Tak, tak. – Verlac znów odchrząknął. – Sam przyszedł z moim zdaniem absurdalną propozycją…
- Żądaniem- wtrącił wilkołak.
-… które od razu odrzuciłbym, gdyby nie to, że jesteście naszymi gośćmi, a nie więźniami. Wy, Skażeni. I jak wielokrotnie powtarzaliśmy, macie prawo wyboru. W każdej kwestii- uściślił i dał Samowi znak dłonią, żeby teraz on mówił. Dakota zmarszczył brwi.
- Wszyscy uściślają, że jesteście Nefilim- położył duży nacisk na to słowo- z domieszką czegoś tam. – Sam machnął dłonią. – Nocni Łowcy mają jednak zupełnie inne poczucie drużyny, wspólnoty i nie ważne, czy więcej w was anielskiej krwi, czy wilczej. Jeśli jest w was chociaż krzta likantropa, jest to najsilniejszy z naszych instynktów.
- Węch?- prychnęła Reed.
- Stado. Potrzeba bliskiej więzi, wspólnoty z watahą. Nocni Łowcy –wskazał dłonią na dwójkę Verlaców- nauczą was walczyć, ale na swój sposób. Chcieli uaktywnić wasz dodany gen, ale na pewno nie będą potrafili tego zrobić. Dlatego proponuję wam, żebyście odeszły ze mną.
- Nigdzie nie idą- wtrącił się Dakota. Ojciec położył mu dłoń na ramieniu i powiedział coś cichym, łagodnym głosem. Sam całkowicie ich zignorował.
- Nauczymy was walczyć, o to możecie się nie martwić. Do ich… „Opieki medycznej”?- Zakreślił cudzysłów w powietrzu. – Do tych wszystkich badań będziecie do ich dyspozycji. Poza tym zapewnimy wam większe bezpieczeństwo. Ukrywanie tylu cennych osób w jednym miejscu to głupi pomysł- zwrócił się do Verlaców. Oboje zacisnęli wargi i spojrzeli gdzieś w bok gestem tak podobnym, że było to nawet zabawne. – Po prostu… - Sam przygryzł wargę. – Likantropia jest częścią was, nie powinni jej traktować jak defektu do zgaszenia.
- Dakota, nic nie mów- uprzedził syna pan Verlac. - Wybór należy do was, dziewczęta.
Sam skinął głową.
- Za kilka dni znów to wpadnę.
Wyszedł.
- Idę- oznajmiła Reed. – Nie traktujcie tego osobiście, po prostu… - zastanowiła się przez chwilę nad doborem słów. – Doceniam wasz system i opiekę, i w ogóle, ale ten bezruch mnie zabija.
Pan Verlac z miłym uśmiechem położył jej dłoń na ramieniu. 
- Nie musisz się tłumaczyć. Traficie do siebie, dziewczęta? Chciałem jeszcze chwilę porozmawiać z Dakotą. Dziś wychodzimy z Withlawami w teren. Sam zgłosił mi stado Drevaków- zwrócił się do syna.
Pożegnałyśmy się i wyszłyśmy, każda ruszyła w swoją stronę, żeby przemyśleć na spokojnie ostatnie pół godziny.
Miło, że mogę wybrać miejsce swojej śmierci…
Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić, gdzie pójść. Automatycznie chyba wybrałam swój pokój. Gdy tylko do niego weszłam, chciałam paść na łóżko, ale zobaczyłam na nim Sama. Trzymał w ręku oprawione w ramkę zdjęcie z mojej szafki nocnej.
 - Jak tu trafiłeś?
Wstał, pstryknął mnie w nosek.
- Po zapachu. Choć trzeba przyznać, że cuchniesz smutkiem. No i dymem papierosowym.
Westchnęłam i w poprzek rzuciłam się na łóżko.
- Chyba nie chcę o tym rozmawiać.
- Nie musisz- odparł łagodnie, siadając koło mnie. – Co nie znaczy, że się nie martwię.
- Nie masz czym.
- Wątpię. – Skrzywił się lekko.
- Jeśli przyszedłeś tu, żeby spytać, czy odejdę do stada, to nie wiem, co ci odpowiedzieć- mruknęłam.
Uśmiechnął się lekko, odgarniając do góry moje włosy.
- Nie mam zamiaru na ciebie naciskać. Kto to? – zapytał, wskazując na zdjęcie.
Zrobiono je za kulisami naszego pierwszego publicznego występu. Właśnie razem z zespołem zeszłam ze sceny, byliśmy szczęśliwi, podekscytowani. Dziewczyna basisty szybko ustawiła nas w rządek  i zrobiła to zdjęcie. To były dobre czasy… Oczywiście, potem sprawy potoczyły się szybko. Grywaliśmy regularnie co sobota w pewnym klubie. Blain zaczął postrzegać mnie jako kogoś więcej. Kochałam go, a on… czasem kochał mnie. Związek rozpadł się pięć miesięcy później, zespół sześć, a przyjaźnie po roku. To w tamtym czasie stwierdziłam, że droga, którą szłam, nie zaprowadziłaby mnie nigdzie dalej, niż do tego klubu. Chciałam śpiewać, ale nie tak, nie w takich miejscach. Na więcej jednak nie było nas stać. To był czas, żeby zamienić dziecięce marzenia na marzenia osoby prawie dorosłej.
- Dawni znajomi.
Dawna rodzina. Od ich czasu… od Blaina z nikim nie byłam na tyle blisko. Miałam znajomych, ale nie przyjaciół. A na pewno już nie faceta. Między mną i Samem była chemia. To jasne. Oboje wiedzieliśmy, do czego zmierza powoli nasza znajomość i nie mieliśmy zamiaru tego zmieniać. Ale dawaliśmy sobie czas i przestrzeń. Byłam nim zafascynowana, to trzeba przyznać.
- Sam?- zagadnęłam o wiele ciszej, niż chciała.
- Tak?
- Ja umieram.
- Wiem, słońce.
Przekręciła się na bok, podkuliłam kolana. Położył się koło mnie i pocałował mnie w skroń. Nie było nic więcej do powiedzenia.

Kiedy się obudziłam, Sama już nie było. Czułam się zmęczona sama nie wiem czym. Ciekawe, czy przespałam kolację. Gdy tylko o niej pomyślałam, zaburczało mi głośno w brzuchu. W końcu piłam dziś tylko sok.
Boso poczłapałam wzdłuż korytarza. Chyba jednak przespałam kolację, bo przez wysokie okna wpadała już tylko poświata księżyca.  Czeka mnie bezsenna noc… Może trochę postrzelam? Muszę się wyładować. Ale najpierw- muszę się najeść.
Podszyte niepokojem głosy, kroki wielu osób. Zastygłam w połowie korytarza. Kilka ciemnych sylwetek prawie biegło w moją stronę. Pierwszego zauważyłam poszarganego, zmęczonego Dakotę. Był wściekły, zdeterminowany i.. przerażony. Na rękach niósł Vivien. Nieprzytomną, krwawiącą i trupio bladą.

- Satine! – krzyknął ktoś. - Idź po Lemarie. Ona umiera.






Dobra, ruszyłam ten blog fabularnie. Pisałam to na fali weny, nie jestem pewna efektu. Ciężko mi się sprawdzało dziesięć stron tekstu na komputerze, więc na pewno przeoczyłam jakieś błędy. Poza tym wprowadziłam Reed, postać Bu, która jest dopiero planowana. 

piątek, 29 maja 2015

Umysł we mgle

Kylie

Tuż przed zaśnięciem myślałam o Leanne, o naszej rozmowie i o spotkaniu ze Skażonymi. Nie sądziłam, aby chociaż w najmniejszym stopniu mi pomogło. Z jednej strony chciałam, żeby mój gen się uaktywnił, z drugiej jednak bałam się,że już to nastąpiło. Położyłam głowę z powrotem na niewygodną,flanelową poduszkę. Westchnęłam i przymknęłam powieki. Po chwili wpadłam w niespokojny sen,z którego wyrwało mnie stukanie butów i donośny szelest. Zerwałam się gwałtownie,siadając na łóżku. W pierwszej chwili pomyślałam,że to Pełnokrwiści,że jakimś cudem dostali się do Instytutu. Uspokoiłam się szybko i zaczęłam nasłuchiwać. Nic więcej nie usłyszałam. Mimo wszystko podniosłam się i podeszłam w kierunku drzwi. Zdecydowałam się,aby na wszelki wypadek zabrać ze sobą broń. Nie miałam przy sobie wielu sztuk do wyboru. Podniosłam miecz ze srebrną klingą. Ciesząc się ze Znaku Bezszelestności dotarłam do schodów,nie wydając żadnych dźwięków, z wyjątkiem skrzypnięcia drzwi. Postawiłam nogę na pierwszym stopniu i omal nie upadłam na ziemię,słysząc dziwny odgłos z dołu.
Odgłos tłuczenia szkła.
Zaklęłam cicho i zagryzłam wargę. Gdy zeszłam po schodach do holu, ujrzałam snop światła. Z ulgą zauważyłam,że dobiega on z kuchni. Podeszłam do uchylonych drzwi i wyłoniłam się zza rogu. Poczułam zapach ciastek i świeżej krwi. Aż ścisnęło mnie w żołądku z głodu. Ujrzałam ciemną,drobną postać siedzącą przy stole. Chyba coś jadła. Ostrożnie zbliżyłam się w jej kierunku. Powoli jej ciało zaczęło nabierać kształtów.
Długie włosy,chude nogi,luźna koszula nocna. Florence.
- Na Anioła,Florence,ale mnie wystraszyłaś! -krzyknęłam.
Zaspana dziewczyna odwróciła się i ze zdziwieniem spojrzała na mnie. Ujrzałam odłamki szkła tuż obok rąk młodej Lightwood. Grzbiet jej lewej dłoni był lepki od krwi. Krew. Ból w brzuchu nasilił się. Zacisnęłam pięści i starałam się zignorować palące pragnienie. Florence nieświadoma zranienia jadła kokosowe ciastka.
- Rozbiłaś szklankę. -zauważyłam, starając się,aby mój głoś nie drżał.
Przeniosła powoli wzrok na swoje ręce.
-Cholera. -burknęła.
Podniosła się i zaczęła wyjmować wolną dłonią szkło,powodując ponowny krwotok. Szybko odwróciłam wzrok. Już nie pierwszy raz czułam głód na widok krwi. Lecz jeszcze nigdy nie wysunęły mi się kły. Do teraz. Zawładnął mną przenikliwy ból, gdy ukłuły moją dolną wargę. Poczułam smak swojej własnej krwi. Nie potrafiłam nad sobą zapanować. Przyskoczyłam do Florence i równie szybko od niej odskoczyłam. Wpadłam na krzesło i upadłam na ziemię. Zszokowana dziewczyna przypatrywała mi się, łącząc ze sobą fakty. Spróbowałam nad sobą zapanować, niezgrabnie usiadłam na podłodze i ukryłam twarz w dłoniach.
Przecież jej nie ugryzłam. Nawet nie zobaczyła moich kłów.
Jednak mój żołądek nadal domagał się pożywienia. Normalnego jedzenia lub krwi. Dotknęłam ręką ust i doszłam do wniosku,że kły zniknęły.
-Wszystko w porządku? -przerwała ciszę Florence.
-Zakręciło mi się w głowie, chyba z głodu. Nie jadłam wczoraj kolacji. -skłamałam.
Spróbowałam się podnieść, wspierając się o krzesło. Zapomniałam,że w ręce nadal trzymam miecz. Ostrze wbiło się w moją dłoń, rozcinając skórę. Ponownie zaklęłam,wypuszczając z ręki broń. Florence podeszła bliżej mnie i mimo mojej niechęci pomogła mi wstać. Usiadłam na jednym z krzeseł i oparłam plecy na oparciu, krzywiąc się nieznacznie. Wyciągnęłam rękę po kawałek ciasta i wepchnęłam go sobie do ust. Poczułam jak powoli ból opuszcza mój żołądek.
-Idę spać- oświadczyła dziewczyna, po czym podniosła się i wyszła z pokoju.
Miałam w planach zrobić to samo, lecz i tak teraz bym nie zasnęła. Byłam zbyt zdezorientowana. W mojej głowie były setki pytań, na które nie byłam w stanie sama odpowiedzieć. Dlaczego wysunęły mi się kły? Czemu straciłam nad sobą kontrolę? Co będzie następnym razem, gdy poczuję zapach krwi? Podniosłam się powoli, prostując zdrętwiałe ręce i wzdrygając się, gdy moje bose stopy dotknęły zimnej podłogi. Zadrżałam od przenikliwego chłodu, panującego w kuchni. Położyłam, wcześniej przyniesiony przez siebie miecz na stole. Otworzyłam drzwi i stanęłam na środku pustego korytarza. Miałam ochotę z kimś porozmawiać, jednak prawdopodobnie wszyscy spali. Pomyślałam o Leanne lub o Tobym. Niesprawiedliwie byłoby ich budzić z powodu moich problemów. Dodatkowo bałam się,że znowu nad sobą nie zapanuje. Pokonałam schody i ruszyłam w stronę sypialni Toby'ego. Osunęłam się na ścianę i schowałam głowę między rękami. Usłyszałam kroki i dźwięk otwieranych drzwi. Chyba jednak nie zachowywałam się tak cicho,jak mi się wydawało. Ktoś nacisnął klamkę i otworzył drzwi. W progu wedle moich przypuszczeń stanął Toby. Coś błysnęło w jego ręce. Prawdopodobnie sztylet. Westchnął z ulgą na mój widok i szybko odłożył broń na szafkę koło drzwi.
-Cześć,Kylie. -jego głos jak zwykle był spokojny i opanowany,choć w jego oczach malowało się zdziwienie.
W końcu, w środku nocy siedzę na korytarzu pod jego drzwiami.
-Zdajesz sobie sprawę z tego,że jest za dziesięć trzecia?
-Nie wydaje mi się, żebym cię obudziła.
Kiwnął głową i podał mi rękę. Podniosłam się z ziemi i przytuliłam mocno do jego ciała.
-Coś się stało?
Bez odpowiedzi skierowałam się w stronę drzwi jego sypialni. Ruszył za mną.
Objął mnie mocno i delikatnie pocałował w usta.
Położyłam głowę na jego ramieniu i wyrzuciłam z siebie nagle:
-Wydaje mi się, jakby...mój gen zaczął się uaktywniać.
Od razu tego pożałowałam. Tyle razy kłamałam,aby nikt się o tym nie dowiedział, a teraz sama to wyznałam. Mimo,że fascynowała mnie możliwość ulepszenia swoich umiejętności, bałam się tego niekontrolowanego pragnienia krwi. Wiele razy uświadamiałam sobie,że gdyby nie to, posiadanie genu wampira w pełni by mnie satysfakcjonowało. To była jedyna rzecz, której się w tym wszystkim bałam. Której nie chciałam.
-Czemu tak sądzisz?- przerwał zaległą między nami ciszę.
Znowu się zawahałam. Nikomu o tym nie mówiłam i nadal nie chciałam o tym opowiadać. Zdawałam sobie sprawę,że już było za późno, aby jakoś to odwrócić. Po za tym to był Toby. Toby, któremu ufałam i którego, wydaje mi się, że kochałam.
-Parę razy, czując zapach krwi byłam jej...- próbowałam znaleźć odpowiednie słowo.- spragniona?
-Mówiłaś o tym komuś?
-Nie,tylko tobie.- przygryzłam wargę. -Nie wiem co o tym myśleć. Jednocześnie mnie to cieszy i straszy. Czuję się, jakby mój umysł zaszedł się mgłą.
-Umysł we mgle? -uśmiechnął się pocieszająco.
Przyciągnął mnie do siebie i położył dłonie na moich biodrach.
-Kylie, to przecież nic złego,że twój gen się uaktywnia.
-Wiem, tylko.. nie wiesz jakie to uczucie, gdy nie masz nad sobą kontroli.
-Zaatakowałaś kogoś?
Przecząco pokręciłam głową. Zauważyłam,że Toby mimo rozbudzenia jest wyczerpany. Nie miałam mu tego za złe, sama normalnie o tej porze nie potrafiłam ustać na nogach. Położyłam się na jego łóżku, a chłopak ułożył się tuż obok mnie. Moja głowa spoczywała koło jego szyi. Schylił się jeszcze i musnął ustami mój policzek. Objął mnie delikatnie i wyszeptał:
-Dobranoc.
-Dobranoc,Toby.
Wsłuchiwałam się w jego miarowy oddech i po dłuższej chwili sama zapadłam w sen.

***
Podczas kilku krótkich godzin w trakcie których zdołałam zasnąć nawiedził mnie przemiły sen. Dziewczyna z zasłoniętą czarną maską twarzą w koszuli nocnej, przypadkiem takiej samej jaką miałam na sobie stała w kuchni w naszym Instytucie pośród kałuży lepkiej mazi. Trzymała nieprzytomną Florence, wbijając kły w jej nadgarstek. Przez parę chwil delektowała się jej krwią, po czym odrzuciła bezwładne ciało na ziemię. Postać szybko wyszła z pomieszczenia, nie zacierając za sobą śladów. Stanęła na dobrze znajomym mi korytarzu tuż obok kolejnej do złudzenia podobnej do mnie dziewczyny. Naprzeciwko nich znajdował się niezwykle opanowany Toby oraz spanikowana Leanne. 
-Kylie, to ty?- usłyszałam jej roztrzęsiony głos. - Co się...
Upadła na ziemię pod naporem jednego z moich sobowtórów. Z jej szyi trysnęła krew. Niewzruszony Toby zaśmiał się jak psychopata i jego twarz powoli zamieniła się w moją własną. Nagle po schodach zeszła moja matka, brat i ojciec. Chłopak ruszył w ich kierunku i wbił każdemu nóż w klatkę piersiową. Żadne z nich nie stawiało oporu. 

***
Ze snu obudził mnie Toby, normalny Toby, ze swoją normalną twarzą. Nawijał na palce kosmyki moich włosów. 
-Cześć- powiedziałam, otwierając oczy. -Postanowiłam opowiedzieć komuś,  kto jest w stanie to badać o moich nietypowych... przejawach. Chyba Vivien. Lubię jej psa.
-Dobrze, że masz pozytywne nastawienie.
-Parfois, cela me dérange terriblement, mais je t'aime.
Poczułam jak jego usta przywierają mocno do moich i rozchylają je w pocałunku. Miałam ochotę z nim zostać, ale postanowiłam więcej nie zwlekać z decyzją dotyczącą mojego dziwnego zachowania. Objęłam go mocno i wyszłam z sypialni. 
***


Gwiazdwki, jakoś wyszło z tą kolejką i jak w końcu przyszła moja kolej to coś mi się zepsuło chyba z routerem i nie było internetu :"""") W poniedziałek jeszcze napisałam dużo i chciałam dodać już rozdział,ale telefon się wyłączył i się nie zapisało, ale trudno dodaję taki, trochę krótszy. No,ale w końcu jest, chociaż mogło mi wyjść lepiej, o wiele lepiej, aż mi wstyd.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Zgniecione słowa

Leanne 

Nadszedł czas szkoleń i innych tym podobnych bzdetów. Miałam ochotę zabarykadować się w pokoju i nie wychodzić. Chciałam pozostać w tej połowicznej samotności.
"Wiem, moja droga", wymruczał Głosik. "Zaszyć się pod kołdrą i nie oglądać tych ludzi, prawda?"
- Ta. Dokładnie.
 Rozejrzałam się po pokoju. Nic raczej się nie zmieniło od wczorajszej nocy. Dziwne. Przecież widziałam te plamy i pęknięcia na ścianach. Może te magiczne pokoje w Instytutach remontują się same? Taki automatyczny serwis. Albo te ściany żyją i mnie podsłuchują. Obserwują każdy krok.
"Też mi się wydają podejrzane", wyszeptał Głosik z przerażeniem.
- Przestań - rzuciłam szybko. Niemniej wyszłam z pokoju, prędko zamykając za sobą drzwi. Nie miałam ochoty na zastanawianie się nad podsłuchującymi mnie ścianami. Zresztą, jakoś trzeba było trafić do tej przybudówki, w której miały się odbyć te całe spotkania z wampirami czy coś w tym rodzaju.
 Wierzono w to, że możemy uaktywnić swoje skażone geny i w ten sposób stać się potężniejsi. Ja jednak czułam w tym jakiś spisek. Nie interesowało mnie uaktywnianie swoich genów. Interesowało mnie przeżycie i w miarę spokojne życie.
 O ile Nocny Łowca może takowe mieć.
***
 Przybudówka nie była jakaś imponująca. Jakiś wieszak, lustro dane tutaj chyba tylko dlatego, że nigdzie indziej go nie chciano... jedyną rzeczą, która była naprawdę interesująca była biblioteczka. Malutka, ale jednak.
 Obok mnie siedziało jeszcze dwoje Skażonych. Chłopak chyba miał na imię Seraphin. Niepokoił mnie. Wokół niego panowała atmosfera absolutnej beznamiętności. Sprawiał wrażenie takiego, który przyszedłby w nocy by poderżnąć ci gardło podczas snu.
"Zrobiłby to", głos Aksamitnej rozległ się dookoła. "On knuje coś przeciw tobie, skarbie. Kiedy tylko zrobisz błąd on to wykorzysta."
"Daj spokój", warknęłam do niej w myślach. Nie chciałam, aby Aksamitna mną rządziła. Przecież to ona każe mi robić te wszystkie okropne rzeczy.
 Skupiłam uwagę na dziewczynie. Znałam ją. Kylie. Bardzo przypominała mi Ann. Inaczej się przy niej czułam. Neutralizowała ten niepokój płynący od Seraphina. Być może, gdyby nie było go obok, mogłaby chwilowo mi polepszyć moje samopoczucie.
"Ona też jest w to zamieszana" - Aksamitna nie dawała za wygraną. "Chce zdobyć twoje zaufanie. Ona teź należy do spisku. Wszyscy do niego należą. Oni są tutaj tylko po to, aby cię wykończyć."
 Nie odpowiedziałam jej. Oto właśnie kącikiem oka dostrzegłam Brennana.
 O. Cholera.
 Brennan był przyjacielem Ann. Znali się od bardzo dawna. Gdyby nie to, że Ann nie jest nieśmiertelna, sądziłabym, że znają się od piaskownicy. Byli jak rodzeństwo. Jeżeli on nie wie gdzie ona jest...
 Słyszałam urywki słów i zdań. Nie obchodziły mnie one. Wpatrywałam się w ścianę. Nie byłam w stanie słuchać. Cały czas myślałam intensywnie o tym, czy Brennan wie, gdzie jest Ann. Albo przynajmniej co się z nią dzieje.
 Ze świata szumów i absolutnie bezsensownych dzwięków wyłonił się głos:
- Kylie Herondale.
 To przedstawienie się miało w sobie coś zbyt... realnego. Można mnie tu źle zrozumieć, ale całe moje życie polegało na domyślaniu się. Intensywnym wpatrywaniu się w ścianę i zastanawianiu się nad tym, czy to głosy wytwarzają to, co widzę i słyszę, czy może to prawda? Jeżeli to jest realne, to świat jest naprawdę popieprzony.
- Leanne Sherrock - mruknęłam, kiedy przyszedł czas na mnie. Nienawidziłam się przedstawiać. Miałam ochotę rzucić moim przezwiskiem - Elle. Używałam go, kiedy nie chciałam wyjawiać swojego imienia. Ale trudno. Podejrzewam, że oni wszyscy mnie znają.
"Znają cię lepiej niż myślisz, kochanieńka", szepnęła Aksamitna z jakąś szyderczą wręcz odmianą troski. "Żeby nie było, ostrzegałam cię."
 - Wy naprawdę chcecie coś osiągnąć? - zapytał Brennan.
 Zacisnęłam zęby. Chcę tylko przeżyć! To dla mnie wystarczające osiągnięcie. A w miejscu, w którym każdy, oprócz zapewne Kylie, jest mi wrogi, jest to niemożliwe. Tutaj obserwują mnie nawet ściany. Być może wydaję się nieco monotematyczna. Cały czas tylko ple ple ple, ktoś mnie śledzi, plepleple, świat przeciwko mnie, bla, bla, bla. Ale nikomu o tym nie mówię i nawet moja najdroższa Ann nie zna całej prawdy.
 "Nikt by ci nie uwierzył", ponuro zauważył Głosik. "Chyba, że w nich też wszystko się wgapia."
 Drzwi nagle zaskrzypiały. Zamarłam. Ten dźwięk kojarzył mi się z nocnym skradaniem się ojca przez korytarz. Z bezsennymi godzinami, spędzonymi na czuwaniu w niepewności. Skąd nadejdzie atak? Jak szybko to się stanie? I, najważniejsze pytanie, czym sobie na to zasłużyłam?
 W drzwiach stał ten cały Bastian. Odetchnęłam z ulgą. To nie moi rodzice. Nigdy więcej nocnego piekła.
 Głos Carstairsa był zniekształcony. Ton zmieniał się co chwilę, dochodziły trzaski, piski, gardłowe pomruki. Nie zrozumiałam kompletnie co on mówi. Wampirzyca, chyba Tatter miała na nazwisko, wstała i poszła za Bastianem.
 Nie spostrzegłam nawet upływu czasu. Spotkanie dobiegło końca a Brennan rzucił coś o "możliwych objawach uaktywnienia genu". Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały. W jego oczach było widać coś jakby mrocznego. Tajemnicę, którą przede mną ukrywał.
 Wyszłam przed nim. Potem, kiedy upewniał się, że zamknął drzwi, zastąpiłam mu drogę.
- O, Leanne - wymamrotał. - Miło mi cię wi-
- Gdzie jest Ann? - rzuciłam.
 Brennan zmieszał się lekko. Potarł lewe ramię prawą dłonią.
- To nie czas i miejsce na dyskusje o niej.
- To kiedy się dowiem? Nigdy? A może tobie na tym zależy? Żebym się nie dowiedziała? - Mój oddech stopniowo przyspieszał. Niemalże czułam, jak rozszerzają mi się źrenice.
- Leanne, to nie tak jak myślisz - oznajmił stanowczo.
 "Myślisz że wie?", zapytał Głosik.
"Ty się jej nie pytaj. To oczywiste. Wie!", zagrzmiała Aksamitna.
- Więc mnie oświeć - warknęłam.
 Westchnął. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej zgniecioną w kulkę kartkę papieru. Właściwie to nie była to już kulka, bardziej jakiś placek z papieru. Rozwinął ostrożnie, wyprostował i podał mi.
 Moje serce zamarło.
 To drobne pismo widniało na najcenniejszym liście, jaki kiedykolwiek dostałam. To było pismo Ann.
 W niektórych miejscach litery były chwiejne. Aż nie podobne do Ann, która niemalże z namaszczeniem kreśliła kolejne litery. Musiała być roztrzęsiona.
- Dostałem to jakieś trzy dni temu - powiedział beznamiętnie. - Nie chciałem cię martwić.
 Zaczęłam czytać. Mój wzrok przebiegał szybko od prawej do lewej. Wyłapywałam pojedyncze zdania.
 "Jeżeli sytuacja będzie tego wymagać - możesz wdrożyć plan B w życie. Leanne musi być bezpieczna i w życiu bym sobie nie wybaczyła, gdyby coś się stało tak wrażliwej osobie jak ona."
"Najgorsze są dni oczekiwania. Moja misja jest słuszna i wierzę w to całym sercem. Oni nie mogą ich traktować gorzej niż nas, prawda? Wiesz najlepiej o tym, że równouprawnienie w naszym świecie nie funkcjonuje najlepiej."
 Jedno zdanie sprawiło, że miałam ochotę umrzeć. Zapaść się pod ziemię i nie wrócić więcej. Skoczyć z mostu prosto na mój głupi łeb.
 "Mało prawdopodobny jest mój powrót. Obawiam się, że Inkwizycja o wszystkim wie. Pan Verbrannt nie należy do osób, które kochają Skażonych. Jego synek to potwierdzi. Nie mam się czego obawiać - moje geny są czyste - ale moje przekonania mogą się Verbranntowi nie spodobać. Gdyby coś mi się stało, zapewnij Leanne wsparcie."
 Zdrętwiałam. Trzymałam w ręce list i wpatrywałam się w niego jak w coś pięknego, lecz przerażająco smutnego.
 - Słyszałem o tym, że Verbrannt ma zamiar znaleźć haki na każdego, kto pomaga Skażonym - szepnął Brennan. 
- Pieprzysz - wymamrotałam. Nie chciałam uwierzyć w to, że Ann może wyruszać na jakąś cholerną krucjatę i nic mi o tym nie powiedzieć! 
- Daj mi to wytłumaczyć! - Brennan wyciągnął ku mnie rękę. Odepchnęłam ją i ruszyłam przed siebie, prosto do mojego podobno pokoju.
 Nie zdążyłam do niego dojść. Po prostu osunęłam się przy ścianie i zaczęłam płakać. Płakać, płakać, płakać.
"Aleś ty żałosna!", warknęła Aksamitna.
"Daj spokój!", zganił ją Głosik.
- Zamknijcie się! - rzuciłam ostro w przestrzeń. - Na ten jeden moment, zamknijcie się!
 Ciszę przerywał mój płacz. Nagle poczułam czyiś dotyk na ramieniu. Byłam nań obojętna. To mogła być kara od głosów za to, że kazałam im milczeć.
- Co jest? - zapytał dziewczęcy głos. Kylie. Nie wierzę. Widzi mnie w najgorszym możliwym momencie.
 Nie odpowiedziałam. Nie mogłam przełknąć łez. Machnęłam tylko ręką, usiłując nie płakać. W rezultacie ryknęłam jeszcze głośniej.
 Kylie przykucnęła przy mnie. Czułam na sobie spojrzenie tych zielonych oczu. Jakby próbowała zrozumieć.
- Skoro nie chcesz mówić...
 Siedziała przy mnie jakiś czas. Obserwowała mnie, jakby się bała, że coś sobie zrobię.
- Wiesz jak to jest, kiedy jedyna osoba, na której ci zależy, pcha się dobrowolnie w ogień? - wypaliłam.
 Milczała. Przez chwilkę zastanawiała się nad odpowiedzią.
- Wiem o co ci chodzi - powiedziała cicho. Przytuliła mnie lekko, przez naprawdę krótki czas.
- Wszystko będzie dobrze - zapewniła mnie.
 Nie wiedziałam nawet kiedy zniknęła mi z pola widzenia. Słowa w mojej głowie zgniatały się w papierowe kulki i odlatywały gdzieś daleko. Pozostałam pod ścianą jeszcze chwilę, pusta od łez.

niedziela, 22 marca 2015

Starzy wrogowie i nowi sprzymierzeńcy

Joshua Eruchinvaron II
Za każdym razem, gdy wchodziłem do baru, zastanawiałem się, ile smarków będę mógł wkopać. Na przedmieściach Salem znajdowało się kilka barów, do których schodzili się nieletni z całej okolicy, pewni, że nikt ich nie przyłapie.
Siedziałem właśnie pochylony nad jakimś drinkiem i wpatrywałem się w grupkę pijanej młodzieży, zastanawiając się, czy to już odpowiedni moment na powiadomienie policji, gdy poczułem aż nazbyt znany mi zapach. Nie spojrzałem nawet na osobę, która demonstracyjnie odsunęła krzesło stojące przy moim stoliku i opadła na nie. 
- Witam waszą wysokość - dlaczego zawsze musiał mnie tak niedorzecznie nazywać? Mogłem się założyć, że na twarzy miał swój typowy arogancki uśmieszek, który z nieznanych powodów tak intrygował kobiety.
Perfidnie ignorowałem go, gdy zabrał mojego drinka i dotknął swoim kolanem moje. Piętnastoletnia przerwa od niego była spełnieniem marzeń, ale oczywiście nie mogła trwać wiecznie.
- Powiem ci w tajemnicy, że z samotnością ci nie do twarzy - odezwał się ponownie, gdy wysiorbał już resztę napoju.
- Czyżby była to delikatna aluzja do tych piętnastu lat? - mruknąłem, po raz pierwszy obdarzając go spojrzeniem. Nic się nie zmienił w swoim wyglądzie... może ubrania nosił teraz trochę bardziej eleganckie i zadbane.
- Eruchinvaron, znam cię 5681 lat, 5 miesięcy, 12 dni i - spojrzał na zegarek. - 3 godziny i od tamtego czasu nikt nie wywołuje u mnie takiej żądzy krwi jak ty. Ostatnie piętnaście lat było nudne. Nuuudne! - dla zaakcentowania swoich słów zamaszystym gestem zrzucił ze stołu szklankę po drinku.
- Będzie musiał pan za to zapłacić! - kelnerka zwróciła uwagę na hałas.
- A przyjmuje pani niekonwencjonalne formy płatności? - posłał jej znaczące spojrzenie.
Kobieta zarumieniła się i zajęła nowym klientem, zostawiając nas w spokoju.
- Hirato, nie przyszedłeś tutaj tylko przez sentymenty, prawda? - jęknąłem, osuwając się niżej na krześle.
- Sprytny jesteś! - faerie klasnął kontent w dłonie. - Dlaczego nie wróciłeś do domu, skoro Królowa Seliee została zamordowana? - przysunął swoją twarz niebezpiecznie blisko mojej. Oddech pachniał mu miętą, pewnie żuł gumę.
- A co to ma ze mną wspólnego? - zdziwiłem się, ale mój wyraz twarzy pozostał niewzruszony. Nie będę dawał Hirato powodów do satysfakcji.
- Nie żartuj sobie ze mnie, Eruchinvaron - wyciągnął jedno ze swoich sai i przyłożył mi jego czubek do gardła.
- Nie interesuje mnie to - nie musiał wiedzieć, że nie znam połowy faktów o mim życiu. Na swoje nieszczęście, jego nie zapomniałem.
- Proszę, proszę... - mruknął, odsunąwszy się ode mnie, a na jego twarzy znów wykwitł szyderczy uśmieszek. - A ja cały czas żywiłem nadzieję, że jednak masz serce.
- Mam do ciebie jedną cholerną prośbę - syknąłem, podnosząc się z krzesła. Hirato zrobił to samo i przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. - Zostaw mnie w spokoju. Illico presto*.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, Wasza Wysokość - i już go nie było

* * *

Vivien
Po przebudzeniu z przyzwyczajenia wyciągnęłam rękę, żeby przytulić się do czegoś ciepłego.
Chwila, dlaczego zamiast twardych mięśni napotkałam sierść?
Ach tak, środki zapobiegawcze. Zdecydowaliśmy z Dakotą, że nagły wzrost liczby mieszkańców Instytutu może wpłynąć na odkrycie tego, jak i gdzie spędzamy noce, więc został mi tylko Angyal.
Leniwie wygramoliłam się z łóżka i westchnęłam ciężko. Poprzedni dzień był niesamowicie męczący, a dzisiejszy nie zapowiadał się lepiej. Nie, żeby mnie to nie podniecało. Nowi Podziemni i Skażeni to synonim do nowych informacji, ale sen kochałam równie mocno co pracę.
Gdy zeszłam do jadalni, wszyscy już tam byli. Noah pomagał mojej mamie w serwowaniu jajecznicy i tostów, Bastian jak zwykle coś czytał, zupełnie ignorując Lyrę, która nawijała mu o śmierci Królowej Seliee, a Satine kłóciła się z Dakotą  na jakiś Bardzo Ważny Temat.
- Witam wszystkich! - przywitałam się, zabrałam jednego tosta z talerza Toby'ego i cmoknęłam mamę w policzek.
- O, Vivien! - Satine zwróciła na mnie uwagę. - Czasem zdarza ci się powiedzieć coś mądrego, więc przemów temu tutaj - wskazała na Dake'a. - że wszystko, co mentolowe jest lepsze.
- Zgadzam się, to najlepszy wynalazek ludzkości - od strony drzwi dobiegł nas nieznany mi wcześniej głos.
Odwróciłam się na pięcie i zobaczyłam, że o framugę nonszalancko opierał się młody, niski mężczyzna o czarnych... właściwie, to wszystko miał ciemne - koszulę, polarkę, jeansy, trapery, włosy i oczy. Zza jego pleców wyłonił się Zserald, który z zakłopotaniem drapał się po karku.
- Powiedział, że ma jakąś ważną sprawę, więc go wpuś...
Nieznajomy przerwał mu machnięciem ręki.
- Dla ciebie per pan. Nikt nie nauczył cię kultury? - zmarszczył brwi.
- Jak już tak mówimy o zasadach dobrego wychowania, to chyba wypadałoby się przedstawić? Wolałabym wiedzieć, kto też znowu zawitał do naszego Instytutu, młodzieńcze - pan Verlac wstał od stołu i obrzucił nowo przybyłego przeszywającym spojrzeniem.
- Kochaniutki, w porównaniu do ciebie jestem raczej zaschniętą mumią. Hirato, faerie rasy Unseliee, Rycerz - skłonił się z galanterią. - Chociaż myślę, że dla niektórych to przedstawienie było zbędne - posłał mojemu ojcu znaczące spojrzenie.
- Piętnaście lat, prawda? Stęskniłeś się? - mruknął, nawet nie podnosząc wzroku znad gazety.
Wszystko nagle nabrało sensu.
- Chwila! Co dokładnie wiesz? - zainteresowałam się przybyszem. - Mógłbyś odpowiedzieć mi na kilka pytań?
- Dasz przeprowadzić na sobie kilka testów? - Lyra dołączyła się do mnie. Od kiedy pojawiła się w Instytucie, zaczęła mi pomagać i spędzałyśmy razem dużo czasu
- Tardior, Tardior, Złociutkie - wystawił w naszym kierunku rękę. - A teraz, Ferenc, odpowiesz mi na kilka pytań? Przy wszystkich, nic nie zatajaj, bo będę o tym wiedział.
Hirato sprawiał wrażenie wyjątkowo rozmownego i towarzyskiego jak na Unseliee. A może to tylko przykrywka? Wywnioskowałam, że jego krwią został skażony jeden z Nocnych Łowców, ale po co robił wielkie wejście, w przeciwieństwie do innych gości? Intrygujący przypadek, z chęcią go przebadam.
Faerie rozsiadł się na jedynym wolnym krześle. Zarzucił nogę na nogę, a ramiona zarzucił na oparcie.
- Po pierwsze: dlaczego nie masz drugiego imienia? To takie frustrujące - na chwilę zapadła cisza, przerwana tylko prychnięciem Satine. - A tak serio, chyba już najwyższy czas, żebym poznał mojego brata krwi - nakreślił cudzysłowie w powietrzu.
- Siostrę - pan Verlac poprawił go z westchnieniem - Panno Carstairs, jest panna najwyraźniej skazana na tego faerie.
- C-co?! - Lyrę zamurowało.
- Widzisz, mamy tyle wspólnego, nawet niektóre komórki - w jego uśmiechu było coś niebezpiecznego. - Mogę prosić o drugie imię, skarbie?
- Levesque. Ale w takim razie możemy pójść krok dalej z naszymi badaniami, Vi! - ucieszyła się.
- Okay... - zaczęłam wszystko szybko analizować. Sprzęt? Jest. Chęci? Są. Ale... - Potrzeba nam więcej Dawców, że tak was nazwę. Jedna próba badawcza nam nie wystarczy. W dodatku, Skażeni inną krwią reagują inaczej na różne bodźce... Musimy znaleźć innych Podziemnych, którzy brali udział w eksperymentach na Nefilim... Chwilę na nich poczekasz, Hirato - czułam na sobie wzrok ojca, jak zwykle kontrolował każdy mój ruch i słowo.
- Lepiej być trzy godziny za wcześniej niż o minutę za późno - Bastian, zgodnie ze swoim zwyczajem, zacytował Szekspira.
- Więc, pomyślmy... dlaczego nie zaczniecie ich szukać? - Hirato najwyraźniej traktował nas jak idiotów.
- Lepiej nie myśl. Zaniżasz IQ całej ulicy - oho, Satine wkracza do akcji. - Bez sensu jest sprowadzać tutaj ekscentrycznych Podziemnych, skoro nie mamy nawet połowy Skażonych. Bo widzisz, w przeciwieństwie do tych wychowanych w Instytutach przez Nefilim, większość z nich żyje wśród Przyziemnych i uważa Nocnych Łowców za wariatów. Nieliczni z nich zgodzili się na współpracę, na przykład ja. Pozostali pewnie zostaną zabici przez Pełnokrwistych w przeciągu kilkunastu najbliższych dni.
- Na co więc jeszcze czekacie? - spojrzałam na Gyula, który aż kipiał ze złości. Faerie nie wiedział nawet, nad czym mój brat pracował od dłuższego czasu. - A teraz, który z szacownych Nocnych Łowców wytłumaczy mi, dlaczego Joshua Eruchinvaron II zniknął zaraz po eksperymentach, a teraz mieszka w świecie Przyziemnych i najwyraźniej ma częściową amnezję?

- - -

Biegłam właśnie jednym z licznych korytarzy, żeby szybko dostarczyć ojcu analizy wyników Skażonych i zalecenia dotyczące dalszego treningu, gdy wpadłam na kogoś i z impetem uderzyłam tyłkiem o posadzkę. Chwilę później jakaś silna ręka podciągnęła mnie na własne nogi i zobaczyłam, że osobą, w którą uderzyłam, był nie kto inny, tylko sam Dake.
- Wybacz - uśmiechnęłam się przepraszająco i strzepnęłam brud z tyłu mojej szarej, koronkowej sukienki.
- To, że ostatnio ciężko jest nam znaleźć dla siebie czas też? - zapytał, uśmiechając się lekko.
- A no bo widzisz... - podrapałam się w zakłopotaniu po karku. Nie wiem, co czuję. Co powinnam czuć. - Jest kupa roboty - to też była prawda. Przechyliłam głowę o 90 stopni i uśmiechnęłam się szeroko. - Teoretycznie powinnam być teraz u Gyula, ale wiesz - ojciec chce, ojciec dostaje - pomachałam mu przed nosem papierami.
- Mogę, no wiesz.. pomóc - Dake? Pomóc? Szok i niedowierzanie
- Lepiej, żeby robotę dla mojego ojca wykonywał ten, komu on ją zlecił - odgarnęłam włosy za ramiona. - Ale mój starszy brat, chyba chce cię do czegoś wykorzystać, więc jeśli nie przeszkadza to szanownemu trenerowi w wypełnianiu jego obowiązków, to mógłbyś się do niego teraz udać. Za chwilę tam przyjdę.
Kiwnął głową i zostawił mnie samą. Szybko pobiegłam do laboratorium ojca, który nawet nie podniósł na mnie wzroku, gdy położyłam wyniki testów sprawnościowych na jego biurku.
- Proszę - mruknęłam, gdy zamknęłam za sobą drzwi.
W gabinecie Gyula czekało już na mnie obu Nocnych Łowców. 
- To co, kochani, wszystko już sobie wyjaśniliście? Zmieniamy coś w planach?
- Z Joshuą Eruchinvaronem II nic. Zgodziłem się i będę zabezpieczał twoje tyły - odpowiedział mi Dake. Stał z założonymi rękami, oparty o ścianę. - Ale w najbliższym czasie wpadnie nam jeszcze jedno zadanie.
- Ooo, słucham - usiadłam na najbliższym krześle i przechyliłam głowę, pokazując w ten sposób moje zainteresowanie.
- Potrzebujemy kilku nowych demonów do treningów Skażonych. Pająki twojego brata zgodziły się dać nam znać, gdy natrafią na grupę tych, których potrzebujemy.
- Dobra, dobra - wtrącił się Gyula. - wiem, jestem wspaniałomyślny i niezastąpiony - a do tego jaki skromny. - Ale muszę was teraz przeprosić, Pająk na mnie czeka - rzucił we mnie pękiem kluczy. - Zamknijcie, jak będziecie wychodzić.
Gdy zostaliśmy sami, Dakota podszedł do mnie, objął mnie w pasie i musnął ustami moje czoło.
- Ufam, że wiesz, na co się piszesz. - kiwnęłam głową. Po rozmowie z Hirato, doszliśmy do wniosku, że Jona najlepiej będzie złapać w miejscu publicznym. Najczęściej pojawiał się w barach i to tam miałam go spotkać. Gorzej, że przyjdzie mi udawać panienkę lekkich obyczajów, delikatnie to ujmując
- Pamiętaj, że nie musisz się do niczego zmuszać - dodał jeszcze, po czym odwrócił się i zostawił mnie samą.
Postanowiłam ignorować to, jak bardzo paliła mnie skóra w miejscu, które dotknął swoimi ustami.

~*~*~*~

Kilka słów wyjaśnienia:
(a) Zmieniłam imię brata Vi z 'Csabes' na 'Gyula', bo to drugie ma dla mnie większe znaczenie (tak, połowa imion Whitelawów jest dla mnie sentymentalna). I żeby nie było zamieszania w rozmowach z Hirato, który do wszystkich zwraca się po ich drugim imieniu, rodzina panny Whitelaw ich nie ma.
(b) "Pająki Gyula" to po prostu Podziemni, którzy, za drobną opłatą lub dzięki kilku słodkim słówkom, zbierają dla brata Vi różne informacje - najczęściej dotyczące Skażonych.
(c) Nie mam zamiaru opisywać akcji "łapania" Jona przez Vi, bo to zajęłoby mi za dużo czasu i miejsca w tym rozdziale, a do kolejnego nie chcę czekać. Dlatego możecie go wprowadzić w swoich fragmentach :)



*natychmiast (łac.)