niedziela, 14 czerwca 2015

Stado

Satine
Co ranek obiecywałam sobie, że zabiję Dakotę. Co śmieszniejsze, wizje, jak walę go młotkiem w głowę, nad którą krążą później gwiazdki, pomagały we wstawaniu o piątej rano. Przez pierwsze kilka dni czułam się obnażona bez makijażu i charakterystycznego ubioru, który nie nadawał się do treningów. Włosy też musiałam nosić związane. Powoli się jednak przyzwyczajałam.
Zwlokłam się na dół. W kuchni był tylko Noah. Ze skupieniem wodził oczami miedzy  masłem orzechowym, Nutellą i dżemem. W milczeniu przeszłam obok, otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej sok pomarańczowy. Całe moje ciało błagało o kawę, ale wiedziałam, że mogę nie przeżyć spadku kofeiny. Albo ktoś przez mój fatalny humor może nie przeżyć.
- Truskawki czy banany?- zapytał wilkołak, nie podnosząc wzroku.
- Banany. – Zatrzasnęłam lodówkę, popychając drzwi biodrem.
Chłopak wziął truskawki, na co tylko przewróciłam oczami.
Głowicie się pewnie, dlaczego wstaję przed wszystkimi, żeby tylko wypić sok. Ale… Lubię ich. Skażonych. Mam jakąś taką dziwną potrzebę przywitania ich z rana, rozmawiania z nimi. Prawda jest taka, że jesteśmy samotni i zdani na siebie. Nie ważne, czy mamy rodziny, obrońców. Nasz świat ogranicza się teraz do tego Instytutu i choć jest on przeludniony, to i tak wydaje się… pusty. Jesteśmy silni. Osoby, które tu zostały są silne. Nie jesteśmy jednak samotnymi wyspami. Może więzi, które teraz zawiązujemy w nieodległej przyszłości przysporzą nam niepotrzebnego bólu. Może. Ale bardziej niż wyszkolenia i kryjówki trzeba nam teraz drużyny. Watahy.
Może coś jest w tym, że Sam powiedział, że więcej we mnie wilkołaka niż Nefilim. Pomińmy zdanie, w którym stwierdził, że szeregi Nocnych Łowców nie zasługują na Satine Dieudonne i zniszczą ją prędzej czy później.
Drgnęłam, gdy ktoś pstryknął mi palcami przed twarzą.
- Mówiłam dzień dobry- mruknęła Lyra. Boże, wyglądała jak zombie. Ta to nienawidzi wczesnego wstawania. Byłam zaskoczona jej widokiem, bo zwykle stara się spać jak najdłużej i wpada do sali treningowej na ostatnią chwilę z jabłkiem w zębach.
- Witaj. Jaka boska siła zmusiła cię do wyjścia z łóżka?- zapytałam z krzywym uśmiechem.
- Koty. – Pierwszy i ostatni raz usłyszałam, jak mówi to słowo z taką nienawiścią. – To na pewno męski sweter?- zwróciła się do Noaha, który właśnie z precyzją układał pastereczki truskawki na posmarowanym grubą warstwą Nutelli toście.
- Moda nie zna płci- odparł wyniośle.
- Nie mów mi, że przypomniałeś sobie, że jesteś gejem.
- Taki z niego gej jak i kucharz- mrugnęłam do Noaha.
Lyra teatralnym gestem przybiła mi piątkę, po czym zanurkowała w lodówce, skąd wyłowiła trzy serki waniliowe. Otworzyła jeden i zaczęła jeść widelcem. Nie skomentowałam tego.
- Nie udowodnicie mi, że nie jestem- burknął wilkołak, przeczesując jeszcze wilgotne loki. – To niewykluczone, więc muszę spróbować.
- Nie jesteś homo, zaufaj naukowcowi- stwierdziła Lyra z szerokim uśmiechem.
Skowyt, szczekanie.
Do kuchni wtoczyła się Vivien z plączącym się między nogami labradorem.
- Cześć wszystkim!
- Cześć i tobie- rzucił Noah, łapiąc ją w ostatniej chwili, kiedy ostatecznie potknęła się o psa.
Dakota, który szedł za nią, jedynie skinął głową. Nie da się nie zauważyć, że ta dwójka zawsze pojawia się razem. Kiedy rudowłosa w końcu uciszyła psa (karmą oczywiście), z westchnieniem opadła na kolana Dakoty.  Z ich codziennego zachowania można wnioskować, że albo są dobrymi przyjaciółmi, albo dojrzałym, stonowanym związkiem.
Vivien złapała jedno jabłko z kosza na stole, a drugie wcisnęła chłopakowi.
- Vi, widzisz w tym pokoju potencjalnego geja?- zapytała Lyra, kucając na krześle i wychylając się mocno w stronę dwójki starszych Nefilim.
- Zaraz zanurzysz cycki w jogurcie- uprzedziłam, dolewając sobie soku.
- Noaha w tym swetrze- wypaliła rudowłosa.
Lyra zawyła.
-Noah, zdejmij ten damski sweter- zarządziła nagle stoicko spokojnie. Oplułam się sokiem.
Chłopak wytrzeszczył oczy i spłonął rumieńcem. Biedny.
- Nie będziesz mnie tu rozbierać- fuknął. – W ogóle nie będziesz mnie rozbierać- sprostował z lekką paniką. Zacisnął dłonie w piąstki na brzegu swetra.
Lyra znudzona wywróciła oczami.
- Sam chciałeś.
Wychyliła się jeszcze mocniej i wpiła w jego usta. Jęknął cicho, ale się nie odsunął.
Ok. Lubiłam te poranki, muszę przyznać. Ale kiedy schodziło się więcej  młodzieży (dorośli wstawali raczej później, a nas zmuszał Dakota) i robiło się zbyt głośno, wychodziłam. Teraz chyba też był dobry moment.
- Uczulenie na cudze hormony- rzuciłam na dowidzenia.
***
Dakota
Vi wychowała się w rodzinnym gwarze, lubiła to. Ja jednak śladem Satine wolałem wymknąć się z kuchni, kiedy przyszli bracia Withelaw, Leanne i Astral.
- Idę już. Przypomnij im, żeby o szóstej byli na Sali- rzuciłem przez ramię do Vivien.
- Czekaj. – Złapała mnie za nadgarstek. – Muszę ci coś pokazać- dodała z krzywym, nerwowym uśmiechem na ustach.
Skinąłem głową. Nikt nie zauważył naszego wyjścia.
Vivien szła bardzo szybko, była spięta. Wydawało mi się, że wypuściła powietrze z płuc, dopiero kiedy zatrzasnęła za nami drzwi sterylnego, bardzo jasnego laboratorium. Milczała dłuższą chwilę. Strzelała stawami w palcach i unikając mojego wzroku, sięgnęła po swój charakterystycznym biały fartuch.
- Miętówkę?- zapytała, wyjmując ją z kieszeni fartucha.
- Nie, dzięki. – Zacząłem się niepokoić. – Vivien, o czym chciałaś porozmawiać?
Wsadziła sobie cukierek do ust, pogryzła i dopiero wtedy podjęła. Nadal nie patrzyła w moją stronę, tylko przeszukiwała dokumenty z czerwonej teczki.
- Powinnam była powiedzieć ci wczoraj, zanim zasnęłam. Ale nie mogłam się zdobyć i byłam zmęczona.- Zaczęła się plątać. – Szczerze to powinnam o tym porozmawiać z twoim ojcem, ale… tak jest łatwiej i…
- Vivien- przerwałem jej. Teraz naprawdę mnie zaniepokoiła. – Skup się.
- Przepraszam. – Odchrząknęła. – Dzięki Lemarie i May badania ruszyły do przodu. Wcześniej badałam ich sekwencje genetyczne, zaraz po pobraniu próbek, ale nie do końca wszystko rozumiałam. – Zaczęła rozkładać na metalowym blacie kartki podpisane nazwiskami Skażonych. – Te sekwencje to niezgodności, co ustaliliśmy już wcześniej. – Wskazała na fragmenty zaznaczone zielonym markerem. – Różnią się od tych, które znałam…- Zacisnęła powieki i splotła dłonie na karku. – Powinnam była rozpoznać krzyżowania gatunków, z którymi miałam styczność wiele razy oddzielnie. – Znów zniknął gdzieś opanowany ton naukowca. Pierwszy raz widziałem, że trzęsą jej się dłonie, choć znałem ją od tylu lat.
Narastała we mnie irytacja. Miałem ochotę nią potrząsnąć.
- Vivien, spokojnie- upomniałem ją trochę zbyt chłodno.
W końcu spojrzała na mnie.
- Dake, oni wszyscy umierają. Te niezgodności wprowadzają duże zmiany, część z nich na pewno się nie przyjmie, albo będzie kłócić. Nie dość, że gen jest nieaktywny, to powoli ich wybije.
Wciągnąłem powietrze przez nos. Spokojnie.
Vivien oplotła się ramionami i wbiła wzrok w kartki.
Spokojnie, jesteś przywódcą.
- Vivien...- zacząłem.
Spokojnie. Jeśli ty spanikujesz, spanikują wszyscy.
- Da się to odkręcić?
Pokręciła zrezygnowana głową.
- Może poprzez komórki macierzyste dawcy genu Podziemnych. Nie wiem jednak, czy to będzie działać długoterminowo.
- Długoterminowo?
- Dłużej niż kilka lat. -Nerwowo strzelała cały czas palcami. Niemiłosiernie mnie to irytowało. – Co i tak pewnie nie jest warte rozważania. Szansa, że znajdziemy choć jednego z dawców jest minimalistyczna. Hirato jest jakimś ewenementem, Lyra ma ogromne szczęście. Wszystkie dokumenty i akta badań spłonęły, a te przejęte przez Pełnokrwistych nikomu na nic się nie przydadzą. Nie ujawniono ani nie udokumentowano nigdzie danych personalnych Podziemnych, którzy brali udział w projekcie. – Zgarnęła papiery do teczki. – Dakota…- głos się jej załamał. – Nie wiem, jak ja któremukolwiek z nich spojrzę w oczy. – Odwróciła się w moja stronę. – Jak im to powiemy?
Przygryzłem wargę.
- Nie powiemy.
- Żartujesz- rzuciła zszokowana.
Spojrzałem gdzieś w bok.
- Nie.
- Dake, to ich ciała. Ich życia. Zasługują na to, by wiedzieć.
- Nie- powtórzyłem. – Stracą chęć do czegokolwiek. Nie będą żyć, tylko egzystować, czekać na śmierć. Do ostatniej chwili pozostaną w cieniu.
- A kiedy któreś z nich zacznie pluć krwią?- zirytowała się. – Stanie się podatne na wirusy, wszelkie możliwe choroby? Zginie, bo przeciwciała zaczną atakować potrzebne bakterie albo udusi się krwią? Co wtedy? – Nie odpowiedziałem. – No co?
- Nie wiem- warknąłem.
- Nie możemy tego ukrywać- upierała się.
- To im odbierze wolę walki. Kiedy natkną się na Pełnokrwistych, po prostu dadzą się im zarżnąć. Tego chcesz?
Długo nie odpowiadała, skubiąc rękaw fartucha.
- Z drugiej strony co mają do stracenia?
- Nie chodzi już tylko o nich.
- Przeciwnie. – Spojrzała na mnie. – To wszystko- zarobiła zamaszysty gest dłonią- jest przez nich i dla nich. Nocni Łowcy stoją na skraju wojny domowej przez Skażonych.
Czyżby mówiła to z wyrzutem? Zirytowało mnie to jeszcze bardziej.
- To też Nefilim. Też ludzie. Zobowiązaliśmy się ich chronić i będziemy to robić jak najskuteczniej aż do samego końca- stwierdziłem stanowczo.
- Jeśli chcesz dla nich dobrze, powiedz im- naciskała.
Nie miałem nic do dodania. Odwróciłem się i chciałem wyjść.
- Dake, to oni są nauką!- krzyknęła za mną. – Decyzja nie należy do nas.
- Już ja podjąłem.
***
Satine
Większość Skażonych urodziła się i wychowała jako Nocni Łowcy. Trafili pod skrzydła Dakoty, bo jeśli ktoś brutalnie i szybko mógł doprowadzić ich do perfekcji, to właśnie syn Verlaców. Nam, nowym w tym bagnie, było strasznie ciężko.
Przez kilka poprzednich dni pracowaliśmy z nożami. Są wielofunkcyjne, lekkie, łatwe do schowania. Ale to broń krótkiego zasięgu, wymaga szybkości i precyzji.
Nie radziłam sobie wybitnie dobrze, ale dosyć przyzwoicie. Co oczywiście nie jest wystarczające, żeby przeżyć w bezpośredniej konfrontacji z Pełnokrwistym albo demonem.
Nałożyłam strzałę na cięciwę. Naciągnęłam niezbyt mocno i wystrzeliłam. Pocisk utkwił w tarczy koło kilku innych. Nie perfekcyjnie po środku, ale blisko. To chyba moja broń. Ta, z którą będę miała szansę przeżyć.
Na początku Dakota chciał dać mi średniej długości łuk prosty, ale nie mogłam napiąć cięciwy. Potem dostałam lżejszy łuk refleksyjny i krótsze strzały. Z tym przynajmniej mogłam pracować. Najpierw strzelałam tak jak z długiego łuku, ale…
Przekrzywiłam łuk tak, że trzymałam go bardziej w poziomie, ale nie do końca. Ukośnie. Ułożyłam strzałę  wzdłuż ręki i naciągnęłam cięciwę.  Środek. Idealnie. Tak, to moja broń.
Spróbowałam drugi raz, ale strzeliłam sobie z całej siły cięciwą w przedramię. Wrzasnęłam i upuściłam łuk, przytulając rękę do brzucha. Czułam na sobie kilkanaście spojrzeń.
-Sierota- skomentował ktoś. Poczułam napływającą złość i już chciałam odpyskować, ale ktoś odezwał się pierwszy.
- Wcale nie. To było niezłe.
Nie mogłam się zdumieć pochwałą Dakoty jak należy, za bardzo skupiałam się na puchnącej, czerwieniejącej prędze na moim ramieniu.
- Po prostu za bardzo przekrzywiłaś łuk- dodał. – Próbuj dalej tak strzelać.
Poczułam dotyk jego dłoni na lędźwiach, potem uniósł wyżej moje łokcie.
- Taka postawa- mruknął. – Waga ciała rozłożona równomiernie na nogach.
Poprawiłam się i wystrzeliłam. Lotki załaskotały mnie w palce, kiedy strzała prześlizgnęła się miedzy nimi. Prawie w sam środek.
- Poza treningami powinnaś sama ćwiczyć z łukiem. Jeśli wypracujesz celność, twoim jedynym problemem będzie zachowanie odległości. Łuk nie sprawdzi się na krótki dystans, w małych pomieszczeniach…
Kurcze, powinnam sobie skombinować notes kółkowy i zapisywaćć wszystko, co spływa z tych zarozumiałych, wąskich warg Verlaca. Na okładce napiszę sobie „notuj albo giń”, albo inne motywujące hasło.
- Przepraszam, że przerywam.
Wszyscy znów się obejrzeli, ale tym razem nie odwrócili się w moją stronę, tylko do Vivien.
Dakota od razu cały się spiął, ale chyba tylko ja to zauważyłam, bo jak zwykle starał się nic nie dać po sobie poznać. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
- Vivien- rzucił sucho. – Nie powinnaś przerywać.
Czułam, że między tymi słowami jest jakiś dodatkowy przekaz i rudowłosa doskonale o tym wiedziała. Zignorowała go. Nawet nie spojrzała w jego stronę. Czuć było między nimi pewnego rodzaju chłód.
- Moi drodzy –zaczęła. – Przy pomocy mojego ojca, jaki May i Marie poczyniliśmy postępy. Rozszyfrowaliśmy wasze sekwencje genetyczne, których wcześniej nie rozumieliśmy. One...- Wzięła głęboki oddech, przymknęła oczy. – Kłócą się ze sobą. I będą masakryczne w skutkach. Śmiertelne- poprawiła się.
Cisza. Nikt się nie poruszył. Nie odezwał. Jakbyśmy woleli udawać, ze Vivien wcale tu nie weszła, że nie przekazała nam tych informacji. Ale się nie dało. Rzuciła na nas cień, który będzie nas prześladować.. Ile?
- Ile?- zapytałam zachrypniętym głosem.
- Słucham?- podniosła nam mnie wzrok.
- Ile mamy czasu?
- Od kilku miesięcy do kilku lat.
Czy poczułam się, jakby odroczono wyrok? Nie. Nic nie czułam. Nic.
- Powinniście o tym wiedzieć- mówiła dalej, ale teraz cichszym głosem. Dakota cały czas patrzył na nią chłodno, ona patrzyła na swoje paznokcie, a ja nie wiedziałam, gdzie spojrzeć. Starałam się ignorować zdruzgotane wyrazy twarzy osób dookoła. – Nie mam prawa nic przed wami ukrywać. Powinniście też wiedzieć, że teoretycznie komórki macierzyste Podziemnych dawców genów powinny oddalić albo zablokować następstwa choroby, ale odnalezienie ich… To nie możliwe. – Mówiła cały czas, jakby po prostu musiała zapełnić ciszę. – Przepraszam.
- Wystarczy- warknął Dakota. – Prosiłem cię- rzucił do rudowłosej. Skuliła się, jakby ktoś ją smagnął biczem. – Ale jak zwykle postanowiłaś działać samodzielnie. Teraz stąd wyjdź.
Wyprostowała się.
- Dakota. – Spojrzała na niego.- Ojciec prosi cię do siebie. Razem z Reed i Satine.
To powiedziawszy, odwróciła się i wyszła. Chwilę później Dakota i Reed. Niechętnie ruszyłam za nimi. Cała reszta nadal stała tam gdzie wcześniej, jak rzeźby z lodu.
***
Mimo, że Instytut miał tyle pięter, nikt nigdy nie pomyślał o windzie. Kiedy przez dobre kilka minut wspinaliśmy po spiralnych schodach, zaczęło kręcić mi się w głowie. Zdecydowanie jednak byłam w mniejszym szoku niż Reed. Szłam z nią ramię w ramię, kilka schodków za Dakotą.
- Satine?- zagadnęła mnie, odgarniając kaskady czekoladowych włosów z twarzy. Mimo że sporo nas łączyło, odezwała do mnie się chyba pierwszy raz. – Masz coś, co chciałabyś zrobić przed śmiercią?  
Miałam. Ale wątpiłam, że kiedykolwiek jeszcze do tego wrócę.  
- Przecież nie umieramy już teraz.
Wzruszyła ramionami.
- Kwestia dyskusyjna.
Jedną z rzeczy, które uwielbiałam w Instytucie było to, że przypominał mi stare angielskie szkoły w zabytkowych budynkach. Kochałam wysokie sklepienia żebrowe, te wszystkie kolumny, witraże… Najlepsze było to, że Instytut nie kojarzył się z kościołem. Zapisane na płaskorzeźbach historie oddawały cześć aniołom, ale nie Bogu. To była ich świątynia.
Dakota wszedł do gabinetu ojca bez pukania. Pan Verlac i tak używał go tylko do oficjalnych spraw albo kiedy miał gości. Nie lubił tam przesiadywać. Mawiał, że tu jest wieczny bałagan, za dużo kurzu i nudy unosi się w powietrzu.
- Tato, rozmawiałeś z Satine? – wypalił. – Jest niepoważna.
Reed wyglądała, jakby chciała wygłosić jakiś komentarz, ale się powstrzymała.
Pan Verlac skinął głową i zsunął okulary niżej na sam czubek orlego nosa. Szpakowate, przydługie kręcone włosy zwykle zaczesywał po prostu do tyłu, ale dziś ciasno je związał.
- Obawiam się, że jej ojciec zgadza się z tobą i choć nie postąpiła najroztropniej, to zgodnie z sumieniem. Nie bądź na nią za to zły.  
Dakota tylko pokręcił głową. Pan Verlac odchrząknął.
- Nie po to was tu zaprosiłem. Znasz Sama.
Dopiero teraz go zauważyłam. Siedział wciśnięty w ogromny, skurzany fotel w kącie. Pomachał do nas kurtuazyjnie z krzywym uśmiechem. Wstał zwinnie.
- Sam Wrayburn, alfa stada w Salem.
Błysnął uśmiechem, uścisnął dłoń moją i Reed. Nie muszę mówić, że doskonale go znam, ale Dakota czasem zachowuje się jak zestresowana, nadopiekuńcza matka, szczególnie w moim przypadku, dlatego oczywiste było zachowanie pozoru.
- Tak, tak. – Verlac znów odchrząknął. – Sam przyszedł z moim zdaniem absurdalną propozycją…
- Żądaniem- wtrącił wilkołak.
-… które od razu odrzuciłbym, gdyby nie to, że jesteście naszymi gośćmi, a nie więźniami. Wy, Skażeni. I jak wielokrotnie powtarzaliśmy, macie prawo wyboru. W każdej kwestii- uściślił i dał Samowi znak dłonią, żeby teraz on mówił. Dakota zmarszczył brwi.
- Wszyscy uściślają, że jesteście Nefilim- położył duży nacisk na to słowo- z domieszką czegoś tam. – Sam machnął dłonią. – Nocni Łowcy mają jednak zupełnie inne poczucie drużyny, wspólnoty i nie ważne, czy więcej w was anielskiej krwi, czy wilczej. Jeśli jest w was chociaż krzta likantropa, jest to najsilniejszy z naszych instynktów.
- Węch?- prychnęła Reed.
- Stado. Potrzeba bliskiej więzi, wspólnoty z watahą. Nocni Łowcy –wskazał dłonią na dwójkę Verlaców- nauczą was walczyć, ale na swój sposób. Chcieli uaktywnić wasz dodany gen, ale na pewno nie będą potrafili tego zrobić. Dlatego proponuję wam, żebyście odeszły ze mną.
- Nigdzie nie idą- wtrącił się Dakota. Ojciec położył mu dłoń na ramieniu i powiedział coś cichym, łagodnym głosem. Sam całkowicie ich zignorował.
- Nauczymy was walczyć, o to możecie się nie martwić. Do ich… „Opieki medycznej”?- Zakreślił cudzysłów w powietrzu. – Do tych wszystkich badań będziecie do ich dyspozycji. Poza tym zapewnimy wam większe bezpieczeństwo. Ukrywanie tylu cennych osób w jednym miejscu to głupi pomysł- zwrócił się do Verlaców. Oboje zacisnęli wargi i spojrzeli gdzieś w bok gestem tak podobnym, że było to nawet zabawne. – Po prostu… - Sam przygryzł wargę. – Likantropia jest częścią was, nie powinni jej traktować jak defektu do zgaszenia.
- Dakota, nic nie mów- uprzedził syna pan Verlac. - Wybór należy do was, dziewczęta.
Sam skinął głową.
- Za kilka dni znów to wpadnę.
Wyszedł.
- Idę- oznajmiła Reed. – Nie traktujcie tego osobiście, po prostu… - zastanowiła się przez chwilę nad doborem słów. – Doceniam wasz system i opiekę, i w ogóle, ale ten bezruch mnie zabija.
Pan Verlac z miłym uśmiechem położył jej dłoń na ramieniu. 
- Nie musisz się tłumaczyć. Traficie do siebie, dziewczęta? Chciałem jeszcze chwilę porozmawiać z Dakotą. Dziś wychodzimy z Withlawami w teren. Sam zgłosił mi stado Drevaków- zwrócił się do syna.
Pożegnałyśmy się i wyszłyśmy, każda ruszyła w swoją stronę, żeby przemyśleć na spokojnie ostatnie pół godziny.
Miło, że mogę wybrać miejsce swojej śmierci…
Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić, gdzie pójść. Automatycznie chyba wybrałam swój pokój. Gdy tylko do niego weszłam, chciałam paść na łóżko, ale zobaczyłam na nim Sama. Trzymał w ręku oprawione w ramkę zdjęcie z mojej szafki nocnej.
 - Jak tu trafiłeś?
Wstał, pstryknął mnie w nosek.
- Po zapachu. Choć trzeba przyznać, że cuchniesz smutkiem. No i dymem papierosowym.
Westchnęłam i w poprzek rzuciłam się na łóżko.
- Chyba nie chcę o tym rozmawiać.
- Nie musisz- odparł łagodnie, siadając koło mnie. – Co nie znaczy, że się nie martwię.
- Nie masz czym.
- Wątpię. – Skrzywił się lekko.
- Jeśli przyszedłeś tu, żeby spytać, czy odejdę do stada, to nie wiem, co ci odpowiedzieć- mruknęłam.
Uśmiechnął się lekko, odgarniając do góry moje włosy.
- Nie mam zamiaru na ciebie naciskać. Kto to? – zapytał, wskazując na zdjęcie.
Zrobiono je za kulisami naszego pierwszego publicznego występu. Właśnie razem z zespołem zeszłam ze sceny, byliśmy szczęśliwi, podekscytowani. Dziewczyna basisty szybko ustawiła nas w rządek  i zrobiła to zdjęcie. To były dobre czasy… Oczywiście, potem sprawy potoczyły się szybko. Grywaliśmy regularnie co sobota w pewnym klubie. Blain zaczął postrzegać mnie jako kogoś więcej. Kochałam go, a on… czasem kochał mnie. Związek rozpadł się pięć miesięcy później, zespół sześć, a przyjaźnie po roku. To w tamtym czasie stwierdziłam, że droga, którą szłam, nie zaprowadziłaby mnie nigdzie dalej, niż do tego klubu. Chciałam śpiewać, ale nie tak, nie w takich miejscach. Na więcej jednak nie było nas stać. To był czas, żeby zamienić dziecięce marzenia na marzenia osoby prawie dorosłej.
- Dawni znajomi.
Dawna rodzina. Od ich czasu… od Blaina z nikim nie byłam na tyle blisko. Miałam znajomych, ale nie przyjaciół. A na pewno już nie faceta. Między mną i Samem była chemia. To jasne. Oboje wiedzieliśmy, do czego zmierza powoli nasza znajomość i nie mieliśmy zamiaru tego zmieniać. Ale dawaliśmy sobie czas i przestrzeń. Byłam nim zafascynowana, to trzeba przyznać.
- Sam?- zagadnęłam o wiele ciszej, niż chciała.
- Tak?
- Ja umieram.
- Wiem, słońce.
Przekręciła się na bok, podkuliłam kolana. Położył się koło mnie i pocałował mnie w skroń. Nie było nic więcej do powiedzenia.

Kiedy się obudziłam, Sama już nie było. Czułam się zmęczona sama nie wiem czym. Ciekawe, czy przespałam kolację. Gdy tylko o niej pomyślałam, zaburczało mi głośno w brzuchu. W końcu piłam dziś tylko sok.
Boso poczłapałam wzdłuż korytarza. Chyba jednak przespałam kolację, bo przez wysokie okna wpadała już tylko poświata księżyca.  Czeka mnie bezsenna noc… Może trochę postrzelam? Muszę się wyładować. Ale najpierw- muszę się najeść.
Podszyte niepokojem głosy, kroki wielu osób. Zastygłam w połowie korytarza. Kilka ciemnych sylwetek prawie biegło w moją stronę. Pierwszego zauważyłam poszarganego, zmęczonego Dakotę. Był wściekły, zdeterminowany i.. przerażony. Na rękach niósł Vivien. Nieprzytomną, krwawiącą i trupio bladą.

- Satine! – krzyknął ktoś. - Idź po Lemarie. Ona umiera.






Dobra, ruszyłam ten blog fabularnie. Pisałam to na fali weny, nie jestem pewna efektu. Ciężko mi się sprawdzało dziesięć stron tekstu na komputerze, więc na pewno przeoczyłam jakieś błędy. Poza tym wprowadziłam Reed, postać Bu, która jest dopiero planowana. 

7 komentarzy:

  1. Eller
    To jest perfekt
    Spory ruch fabularny
    Tak szczerze to tego potrzebowałam
    Supi
    A Reed jest taka, jaką ją chcę

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zabijaj pewnej osoby Eller!!! Wiesz o kim mówię

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  3. O
    MÓJ
    BOŻE
    Kocham, jak opisujesz związek Vi i Dakoty. Tak, wiem, że pięknie rozwinęłaś fabułę, ale to mi się najbardziej rzuca w oczy :")
    Vivien/Joshua Eruchinvaron/Hirato/Raphael

    OdpowiedzUsuń
  4. ELLER
    NIE POZWALAM CI NIGDY PRZENIGDY TARGNĄĆ NA ŻYCIE NOAHA
    A propos rozdziału - Vi jest przecudna (chociaż to nie moja postac, kocham ją, a akcja na koncu jest gkfcjjnxhf)
    Lyra to też naukowiec nie zapominaj o tym, wiem, że pomysł z całowaniem był nasz wspólny, ale tylko Vi zachowuje się tak jak powinna. Młoda Carstairs wyszła jak nie grzesząca inteligencją dziewczynka, która zaspokaja ciekawość absurdalnym zachowaniem wobec innych osób; też musi być włączona w badania Vivien, bo siedzą w tym razem.
    Reszta jest super idealnie, tylko ten jeden szczegół mnie boli:")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde. Kurdekurdekurde. Widziałam, że coś zepsuję. Przepraszam <|3

      Usuń
    2. ALE ROZDZIAŁ JEST SUPER, SERIO ELCIA

      Usuń