Satine
Co ranek obiecywałam sobie, że
zabiję Dakotę. Co śmieszniejsze, wizje, jak walę go młotkiem w głowę, nad którą
krążą później gwiazdki, pomagały we wstawaniu o piątej rano. Przez pierwsze
kilka dni czułam się obnażona bez makijażu i charakterystycznego ubioru, który
nie nadawał się do treningów. Włosy też musiałam nosić związane. Powoli się
jednak przyzwyczajałam.
Zwlokłam się na dół. W kuchni
był tylko Noah. Ze skupieniem wodził oczami miedzy masłem orzechowym, Nutellą i dżemem. W milczeniu
przeszłam obok, otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej sok pomarańczowy. Całe moje
ciało błagało o kawę, ale wiedziałam, że mogę nie przeżyć spadku kofeiny. Albo
ktoś przez mój fatalny humor może nie przeżyć.
- Truskawki czy banany?- zapytał
wilkołak, nie podnosząc wzroku.
- Banany. – Zatrzasnęłam
lodówkę, popychając drzwi biodrem.
Chłopak wziął truskawki, na co
tylko przewróciłam oczami.
Głowicie się pewnie, dlaczego
wstaję przed wszystkimi, żeby tylko wypić sok. Ale… Lubię ich. Skażonych. Mam
jakąś taką dziwną potrzebę przywitania ich z rana, rozmawiania z nimi. Prawda
jest taka, że jesteśmy samotni i zdani na siebie. Nie ważne, czy mamy rodziny,
obrońców. Nasz świat ogranicza się teraz do tego Instytutu i choć jest on
przeludniony, to i tak wydaje się… pusty. Jesteśmy silni. Osoby, które tu
zostały są silne. Nie jesteśmy jednak samotnymi wyspami. Może więzi, które
teraz zawiązujemy w nieodległej przyszłości przysporzą nam niepotrzebnego bólu.
Może. Ale bardziej niż wyszkolenia i kryjówki trzeba nam teraz drużyny. Watahy.
Może coś jest w tym, że Sam
powiedział, że więcej we mnie wilkołaka niż Nefilim. Pomińmy zdanie, w którym
stwierdził, że szeregi Nocnych Łowców nie zasługują na Satine Dieudonne i
zniszczą ją prędzej czy później.
Drgnęłam, gdy ktoś pstryknął mi
palcami przed twarzą.
- Mówiłam dzień dobry- mruknęła
Lyra. Boże, wyglądała jak zombie. Ta to nienawidzi wczesnego wstawania. Byłam
zaskoczona jej widokiem, bo zwykle stara się spać jak najdłużej i wpada do sali
treningowej na ostatnią chwilę z jabłkiem w zębach.
- Witaj. Jaka boska siła zmusiła
cię do wyjścia z łóżka?- zapytałam z krzywym uśmiechem.
- Koty. – Pierwszy i ostatni raz
usłyszałam, jak mówi to słowo z taką nienawiścią. – To na pewno męski sweter?-
zwróciła się do Noaha, który właśnie z precyzją układał pastereczki truskawki na
posmarowanym grubą warstwą Nutelli toście.
- Moda nie zna płci- odparł
wyniośle.
- Nie mów mi, że przypomniałeś
sobie, że jesteś gejem.
- Taki z niego gej jak i
kucharz- mrugnęłam do Noaha.
Lyra teatralnym gestem przybiła
mi piątkę, po czym zanurkowała w lodówce, skąd wyłowiła trzy serki waniliowe.
Otworzyła jeden i zaczęła jeść widelcem. Nie skomentowałam tego.
- Nie udowodnicie mi, że nie
jestem- burknął wilkołak, przeczesując jeszcze wilgotne loki. – To
niewykluczone, więc muszę spróbować.
- Nie jesteś homo, zaufaj
naukowcowi- stwierdziła Lyra z szerokim uśmiechem.
Skowyt, szczekanie.
Do kuchni wtoczyła się Vivien z
plączącym się między nogami labradorem.
- Cześć wszystkim!
- Cześć i tobie- rzucił Noah,
łapiąc ją w ostatniej chwili, kiedy ostatecznie potknęła się o psa.
Dakota, który szedł za nią,
jedynie skinął głową. Nie da się nie zauważyć, że ta dwójka zawsze pojawia się
razem. Kiedy rudowłosa w końcu uciszyła psa (karmą oczywiście), z westchnieniem
opadła na kolana Dakoty. Z ich
codziennego zachowania można wnioskować, że albo są dobrymi przyjaciółmi, albo
dojrzałym, stonowanym związkiem.
Vivien złapała jedno jabłko z
kosza na stole, a drugie wcisnęła chłopakowi.
- Vi, widzisz w tym pokoju
potencjalnego geja?- zapytała Lyra, kucając na krześle i wychylając się mocno w
stronę dwójki starszych Nefilim.
- Zaraz zanurzysz cycki w
jogurcie- uprzedziłam, dolewając sobie soku.
- Noaha w tym swetrze- wypaliła
rudowłosa.
Lyra zawyła.
-Noah, zdejmij ten damski
sweter- zarządziła nagle stoicko spokojnie. Oplułam się sokiem.
Chłopak wytrzeszczył oczy i
spłonął rumieńcem. Biedny.
- Nie będziesz mnie tu
rozbierać- fuknął. – W ogóle nie będziesz mnie rozbierać- sprostował z lekką
paniką. Zacisnął dłonie w piąstki na brzegu swetra.
Lyra znudzona wywróciła oczami.
- Sam chciałeś.
Wychyliła się jeszcze mocniej i
wpiła w jego usta. Jęknął cicho, ale się nie odsunął.
Ok. Lubiłam te poranki, muszę
przyznać. Ale kiedy schodziło się więcej
młodzieży (dorośli wstawali raczej później, a nas zmuszał Dakota) i
robiło się zbyt głośno, wychodziłam. Teraz chyba też był dobry moment.
- Uczulenie na cudze hormony-
rzuciłam na dowidzenia.
***
Dakota
Vi wychowała się w rodzinnym
gwarze, lubiła to. Ja jednak śladem Satine wolałem wymknąć się z kuchni, kiedy
przyszli bracia Withelaw, Leanne i Astral.
- Idę już. Przypomnij im, żeby o
szóstej byli na Sali- rzuciłem przez ramię do Vivien.
- Czekaj. – Złapała mnie za
nadgarstek. – Muszę ci coś pokazać- dodała z krzywym, nerwowym uśmiechem na
ustach.
Skinąłem głową. Nikt nie
zauważył naszego wyjścia.
Vivien szła bardzo szybko, była
spięta. Wydawało mi się, że wypuściła powietrze z płuc, dopiero kiedy
zatrzasnęła za nami drzwi sterylnego, bardzo jasnego laboratorium. Milczała
dłuższą chwilę. Strzelała stawami w palcach i unikając mojego wzroku, sięgnęła
po swój charakterystycznym biały fartuch.
- Miętówkę?- zapytała, wyjmując
ją z kieszeni fartucha.
- Nie, dzięki. – Zacząłem się
niepokoić. – Vivien, o czym chciałaś porozmawiać?
Wsadziła sobie cukierek do ust,
pogryzła i dopiero wtedy podjęła. Nadal nie patrzyła w moją stronę, tylko
przeszukiwała dokumenty z czerwonej teczki.
- Powinnam była powiedzieć ci
wczoraj, zanim zasnęłam. Ale nie mogłam się zdobyć i byłam zmęczona.- Zaczęła
się plątać. – Szczerze to powinnam o tym porozmawiać z twoim ojcem, ale… tak
jest łatwiej i…
- Vivien- przerwałem jej. Teraz
naprawdę mnie zaniepokoiła. – Skup się.
- Przepraszam. – Odchrząknęła. –
Dzięki Lemarie i May badania ruszyły do przodu. Wcześniej badałam ich sekwencje
genetyczne, zaraz po pobraniu próbek, ale nie do końca wszystko rozumiałam. –
Zaczęła rozkładać na metalowym blacie kartki podpisane nazwiskami Skażonych. –
Te sekwencje to niezgodności, co ustaliliśmy już wcześniej. – Wskazała na
fragmenty zaznaczone zielonym markerem. – Różnią się od tych, które znałam…-
Zacisnęła powieki i splotła dłonie na karku. – Powinnam była rozpoznać
krzyżowania gatunków, z którymi miałam styczność wiele razy oddzielnie. – Znów
zniknął gdzieś opanowany ton naukowca. Pierwszy raz widziałem, że trzęsą jej
się dłonie, choć znałem ją od tylu lat.
Narastała we mnie irytacja.
Miałem ochotę nią potrząsnąć.
- Vivien, spokojnie- upomniałem
ją trochę zbyt chłodno.
W końcu spojrzała na mnie.
- Dake, oni wszyscy umierają. Te
niezgodności wprowadzają duże zmiany, część z nich na pewno się nie przyjmie,
albo będzie kłócić. Nie dość, że gen jest nieaktywny, to powoli ich wybije.
Wciągnąłem powietrze przez nos.
Spokojnie.
Vivien oplotła się ramionami i
wbiła wzrok w kartki.
Spokojnie, jesteś przywódcą.
- Vivien...- zacząłem.
Spokojnie. Jeśli ty spanikujesz,
spanikują wszyscy.
- Da się to odkręcić?
Pokręciła zrezygnowana głową.
- Może poprzez komórki macierzyste
dawcy genu Podziemnych. Nie wiem jednak, czy to będzie działać długoterminowo.
- Długoterminowo?
- Dłużej niż kilka lat. -Nerwowo
strzelała cały czas palcami. Niemiłosiernie mnie to irytowało. – Co i tak
pewnie nie jest warte rozważania. Szansa, że znajdziemy choć jednego z dawców
jest minimalistyczna. Hirato jest jakimś ewenementem, Lyra ma ogromne
szczęście. Wszystkie dokumenty i akta badań spłonęły, a te przejęte przez
Pełnokrwistych nikomu na nic się nie przydadzą. Nie ujawniono ani nie
udokumentowano nigdzie danych personalnych Podziemnych, którzy brali udział w
projekcie. – Zgarnęła papiery do teczki. – Dakota…- głos się jej załamał. – Nie
wiem, jak ja któremukolwiek z nich spojrzę w oczy. – Odwróciła się w moja
stronę. – Jak im to powiemy?
Przygryzłem wargę.
- Nie powiemy.
- Żartujesz- rzuciła zszokowana.
Spojrzałem gdzieś w bok.
- Nie.
- Dake, to ich ciała. Ich życia.
Zasługują na to, by wiedzieć.
- Nie- powtórzyłem. – Stracą
chęć do czegokolwiek. Nie będą żyć, tylko egzystować, czekać na śmierć. Do
ostatniej chwili pozostaną w cieniu.
- A kiedy któreś z nich zacznie
pluć krwią?- zirytowała się. – Stanie się podatne na wirusy, wszelkie możliwe
choroby? Zginie, bo przeciwciała zaczną atakować potrzebne bakterie albo udusi
się krwią? Co wtedy? – Nie odpowiedziałem. – No co?
- Nie wiem- warknąłem.
- Nie możemy tego ukrywać-
upierała się.
- To im odbierze wolę walki. Kiedy
natkną się na Pełnokrwistych, po prostu dadzą się im zarżnąć. Tego chcesz?
Długo nie odpowiadała, skubiąc
rękaw fartucha.
- Z drugiej strony co mają do
stracenia?
- Nie chodzi już tylko o nich.
- Przeciwnie. – Spojrzała na
mnie. – To wszystko- zarobiła zamaszysty gest dłonią- jest przez nich i dla
nich. Nocni Łowcy stoją na skraju wojny domowej przez Skażonych.
Czyżby mówiła to z wyrzutem?
Zirytowało mnie to jeszcze bardziej.
- To też Nefilim. Też ludzie.
Zobowiązaliśmy się ich chronić i będziemy to robić jak najskuteczniej aż do
samego końca- stwierdziłem stanowczo.
- Jeśli chcesz dla nich dobrze,
powiedz im- naciskała.
Nie miałem nic do dodania.
Odwróciłem się i chciałem wyjść.
- Dake, to oni są nauką!-
krzyknęła za mną. – Decyzja nie należy do nas.
- Już ja podjąłem.
***
Satine
Większość Skażonych urodziła się
i wychowała jako Nocni Łowcy. Trafili pod skrzydła Dakoty, bo jeśli ktoś
brutalnie i szybko mógł doprowadzić ich do perfekcji, to właśnie syn Verlaców.
Nam, nowym w tym bagnie, było strasznie ciężko.
Przez kilka poprzednich dni
pracowaliśmy z nożami. Są wielofunkcyjne, lekkie, łatwe do schowania. Ale to
broń krótkiego zasięgu, wymaga szybkości i precyzji.
Nie radziłam sobie wybitnie
dobrze, ale dosyć przyzwoicie. Co oczywiście nie jest wystarczające, żeby
przeżyć w bezpośredniej konfrontacji z Pełnokrwistym albo demonem.
Nałożyłam strzałę na cięciwę.
Naciągnęłam niezbyt mocno i wystrzeliłam. Pocisk utkwił w tarczy koło kilku
innych. Nie perfekcyjnie po środku, ale blisko. To chyba moja broń. Ta, z którą
będę miała szansę przeżyć.
Na początku Dakota chciał dać mi
średniej długości łuk prosty, ale nie mogłam napiąć cięciwy. Potem dostałam
lżejszy łuk refleksyjny i krótsze strzały. Z tym przynajmniej mogłam pracować.
Najpierw strzelałam tak jak z długiego łuku, ale…
Przekrzywiłam łuk tak, że
trzymałam go bardziej w poziomie, ale nie do końca. Ukośnie. Ułożyłam
strzałę wzdłuż ręki i naciągnęłam
cięciwę. Środek. Idealnie. Tak, to moja
broń.
Spróbowałam drugi raz, ale
strzeliłam sobie z całej siły cięciwą w przedramię. Wrzasnęłam i upuściłam łuk,
przytulając rękę do brzucha. Czułam na sobie kilkanaście spojrzeń.
-Sierota- skomentował ktoś.
Poczułam napływającą złość i już chciałam odpyskować, ale ktoś odezwał się
pierwszy.
- Wcale nie. To było niezłe.
Nie mogłam się zdumieć pochwałą
Dakoty jak należy, za bardzo skupiałam się na puchnącej, czerwieniejącej prędze
na moim ramieniu.
- Po prostu za bardzo
przekrzywiłaś łuk- dodał. – Próbuj dalej tak strzelać.
Poczułam dotyk jego dłoni na
lędźwiach, potem uniósł wyżej moje łokcie.
- Taka postawa- mruknął. – Waga
ciała rozłożona równomiernie na nogach.
Poprawiłam się i wystrzeliłam.
Lotki załaskotały mnie w palce, kiedy strzała prześlizgnęła się miedzy nimi.
Prawie w sam środek.
- Poza treningami powinnaś sama
ćwiczyć z łukiem. Jeśli wypracujesz celność, twoim jedynym problemem będzie
zachowanie odległości. Łuk nie sprawdzi się na krótki dystans, w małych
pomieszczeniach…
Kurcze, powinnam sobie
skombinować notes kółkowy i zapisywaćć wszystko, co spływa z tych zarozumiałych,
wąskich warg Verlaca. Na okładce napiszę sobie „notuj albo giń”, albo inne
motywujące hasło.
- Przepraszam, że przerywam.
Wszyscy znów się obejrzeli, ale
tym razem nie odwrócili się w moją stronę, tylko do Vivien.
Dakota od razu cały się spiął, ale
chyba tylko ja to zauważyłam, bo jak zwykle starał się nic nie dać po sobie
poznać. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
- Vivien- rzucił sucho. – Nie
powinnaś przerywać.
Czułam, że między tymi słowami
jest jakiś dodatkowy przekaz i rudowłosa doskonale o tym wiedziała. Zignorowała
go. Nawet nie spojrzała w jego stronę. Czuć było między nimi pewnego rodzaju
chłód.
- Moi drodzy –zaczęła. – Przy
pomocy mojego ojca, jaki May i Marie poczyniliśmy postępy. Rozszyfrowaliśmy
wasze sekwencje genetyczne, których wcześniej nie rozumieliśmy. One...- Wzięła
głęboki oddech, przymknęła oczy. – Kłócą się ze sobą. I będą masakryczne w
skutkach. Śmiertelne- poprawiła się.
Cisza. Nikt się nie poruszył.
Nie odezwał. Jakbyśmy woleli udawać, ze Vivien wcale tu nie weszła, że nie
przekazała nam tych informacji. Ale się nie dało. Rzuciła na nas cień, który
będzie nas prześladować.. Ile?
- Ile?- zapytałam zachrypniętym
głosem.
- Słucham?- podniosła nam mnie
wzrok.
- Ile mamy czasu?
- Od kilku miesięcy do kilku
lat.
Czy poczułam się, jakby
odroczono wyrok? Nie. Nic nie czułam. Nic.
- Powinniście o tym wiedzieć-
mówiła dalej, ale teraz cichszym głosem. Dakota cały czas patrzył na nią
chłodno, ona patrzyła na swoje paznokcie, a ja nie wiedziałam, gdzie spojrzeć.
Starałam się ignorować zdruzgotane wyrazy twarzy osób dookoła. – Nie mam prawa
nic przed wami ukrywać. Powinniście też wiedzieć, że teoretycznie komórki
macierzyste Podziemnych dawców genów powinny oddalić albo zablokować następstwa
choroby, ale odnalezienie ich… To nie możliwe. – Mówiła cały czas, jakby po
prostu musiała zapełnić ciszę. – Przepraszam.
- Wystarczy- warknął Dakota. –
Prosiłem cię- rzucił do rudowłosej. Skuliła się, jakby ktoś ją smagnął biczem.
– Ale jak zwykle postanowiłaś działać samodzielnie. Teraz stąd wyjdź.
Wyprostowała się.
- Dakota. – Spojrzała na niego.-
Ojciec prosi cię do siebie. Razem z Reed i Satine.
To powiedziawszy, odwróciła się
i wyszła. Chwilę później Dakota i Reed. Niechętnie ruszyłam za nimi. Cała
reszta nadal stała tam gdzie wcześniej, jak rzeźby z lodu.
***
Mimo, że Instytut miał tyle pięter,
nikt nigdy nie pomyślał o windzie. Kiedy przez dobre kilka minut wspinaliśmy po
spiralnych schodach, zaczęło kręcić mi się w głowie. Zdecydowanie jednak byłam
w mniejszym szoku niż Reed. Szłam z nią ramię w ramię, kilka schodków za
Dakotą.
- Satine?- zagadnęła mnie,
odgarniając kaskady czekoladowych włosów z twarzy. Mimo że sporo nas łączyło,
odezwała do mnie się chyba pierwszy raz. – Masz coś, co chciałabyś zrobić przed
śmiercią?
Miałam. Ale wątpiłam, że kiedykolwiek
jeszcze do tego wrócę.
- Przecież nie umieramy już
teraz.
Wzruszyła ramionami.
- Kwestia dyskusyjna.
Jedną z rzeczy, które
uwielbiałam w Instytucie było to, że przypominał mi stare angielskie szkoły w
zabytkowych budynkach. Kochałam wysokie sklepienia żebrowe, te wszystkie
kolumny, witraże… Najlepsze było to, że Instytut nie kojarzył się z kościołem.
Zapisane na płaskorzeźbach historie oddawały cześć aniołom, ale nie Bogu. To
była ich świątynia.
Dakota wszedł do gabinetu ojca
bez pukania. Pan Verlac i tak używał go tylko do oficjalnych spraw albo kiedy
miał gości. Nie lubił tam przesiadywać. Mawiał, że tu jest wieczny bałagan, za dużo
kurzu i nudy unosi się w powietrzu.
- Tato, rozmawiałeś z Satine? –
wypalił. – Jest niepoważna.
Reed wyglądała, jakby chciała
wygłosić jakiś komentarz, ale się powstrzymała.
Pan Verlac skinął głową i zsunął
okulary niżej na sam czubek orlego nosa. Szpakowate, przydługie kręcone włosy
zwykle zaczesywał po prostu do tyłu, ale dziś ciasno je związał.
- Obawiam się, że jej ojciec
zgadza się z tobą i choć nie postąpiła najroztropniej, to zgodnie z sumieniem.
Nie bądź na nią za to zły.
Dakota tylko pokręcił głową. Pan
Verlac odchrząknął.
- Nie po to was tu zaprosiłem. Znasz
Sama.
Dopiero teraz go zauważyłam.
Siedział wciśnięty w ogromny, skurzany fotel w kącie. Pomachał do nas
kurtuazyjnie z krzywym uśmiechem. Wstał zwinnie.
- Sam Wrayburn, alfa stada w
Salem.
Błysnął uśmiechem, uścisnął dłoń
moją i Reed. Nie muszę mówić, że doskonale go znam, ale Dakota czasem zachowuje
się jak zestresowana, nadopiekuńcza matka, szczególnie w moim przypadku,
dlatego oczywiste było zachowanie pozoru.
- Tak, tak. – Verlac znów
odchrząknął. – Sam przyszedł z moim zdaniem absurdalną propozycją…
- Żądaniem- wtrącił wilkołak.
-… które od razu odrzuciłbym,
gdyby nie to, że jesteście naszymi gośćmi, a nie więźniami. Wy, Skażeni. I jak
wielokrotnie powtarzaliśmy, macie prawo wyboru. W każdej kwestii- uściślił i dał
Samowi znak dłonią, żeby teraz on mówił. Dakota zmarszczył brwi.
- Wszyscy uściślają, że jesteście
Nefilim- położył duży nacisk na to słowo- z domieszką czegoś tam. – Sam machnął
dłonią. – Nocni Łowcy mają jednak zupełnie inne poczucie drużyny, wspólnoty i
nie ważne, czy więcej w was anielskiej krwi, czy wilczej. Jeśli jest w was
chociaż krzta likantropa, jest to najsilniejszy z naszych instynktów.
- Węch?- prychnęła Reed.
- Stado. Potrzeba bliskiej
więzi, wspólnoty z watahą. Nocni Łowcy –wskazał dłonią na dwójkę Verlaców-
nauczą was walczyć, ale na swój sposób. Chcieli uaktywnić wasz dodany gen, ale
na pewno nie będą potrafili tego zrobić. Dlatego proponuję wam, żebyście
odeszły ze mną.
- Nigdzie nie idą- wtrącił się Dakota.
Ojciec położył mu dłoń na ramieniu i powiedział coś cichym, łagodnym głosem. Sam
całkowicie ich zignorował.
- Nauczymy was walczyć, o to
możecie się nie martwić. Do ich… „Opieki medycznej”?- Zakreślił cudzysłów w
powietrzu. – Do tych wszystkich badań będziecie do ich dyspozycji. Poza tym zapewnimy
wam większe bezpieczeństwo. Ukrywanie tylu cennych osób w jednym miejscu to
głupi pomysł- zwrócił się do Verlaców. Oboje zacisnęli wargi i spojrzeli gdzieś
w bok gestem tak podobnym, że było to nawet zabawne. – Po prostu… - Sam
przygryzł wargę. – Likantropia jest częścią was, nie powinni jej traktować jak
defektu do zgaszenia.
- Dakota, nic nie mów- uprzedził
syna pan Verlac. - Wybór należy do was, dziewczęta.
Sam skinął głową.
- Za kilka dni znów to wpadnę.
Wyszedł.
- Idę- oznajmiła Reed. – Nie traktujcie
tego osobiście, po prostu… - zastanowiła się przez chwilę nad doborem słów. –
Doceniam wasz system i opiekę, i w ogóle, ale ten bezruch mnie zabija.
Pan Verlac z miłym uśmiechem
położył jej dłoń na ramieniu.
- Nie musisz się tłumaczyć.
Traficie do siebie, dziewczęta? Chciałem jeszcze chwilę porozmawiać z Dakotą.
Dziś wychodzimy z Withlawami w teren. Sam zgłosił mi stado Drevaków- zwrócił
się do syna.
Pożegnałyśmy się i wyszłyśmy,
każda ruszyła w swoją stronę, żeby przemyśleć na spokojnie ostatnie pół
godziny.
Miło, że mogę wybrać miejsce
swojej śmierci…
Nie miałam pojęcia, co ze sobą
zrobić, gdzie pójść. Automatycznie chyba wybrałam swój pokój. Gdy tylko do
niego weszłam, chciałam paść na łóżko, ale zobaczyłam na nim Sama. Trzymał w
ręku oprawione w ramkę zdjęcie z mojej szafki nocnej.
- Jak tu trafiłeś?
Wstał, pstryknął mnie w nosek.
- Po zapachu. Choć trzeba
przyznać, że cuchniesz smutkiem. No i dymem papierosowym.
Westchnęłam i w poprzek rzuciłam
się na łóżko.
- Chyba nie chcę o tym
rozmawiać.
- Nie musisz- odparł łagodnie, siadając
koło mnie. – Co nie znaczy, że się nie martwię.
- Nie masz czym.
- Wątpię. – Skrzywił się lekko.
- Jeśli przyszedłeś tu, żeby
spytać, czy odejdę do stada, to nie wiem, co ci odpowiedzieć- mruknęłam.
Uśmiechnął się lekko,
odgarniając do góry moje włosy.
- Nie mam zamiaru na ciebie
naciskać. Kto to? – zapytał, wskazując na zdjęcie.
Zrobiono je za kulisami naszego
pierwszego publicznego występu. Właśnie razem z zespołem zeszłam ze sceny,
byliśmy szczęśliwi, podekscytowani. Dziewczyna basisty szybko ustawiła nas w
rządek i zrobiła to zdjęcie. To były
dobre czasy… Oczywiście, potem sprawy potoczyły się szybko. Grywaliśmy regularnie
co sobota w pewnym klubie. Blain zaczął postrzegać mnie jako kogoś więcej. Kochałam
go, a on… czasem kochał mnie. Związek rozpadł się pięć miesięcy później, zespół
sześć, a przyjaźnie po roku. To w tamtym czasie stwierdziłam, że droga, którą
szłam, nie zaprowadziłaby mnie nigdzie dalej, niż do tego klubu. Chciałam
śpiewać, ale nie tak, nie w takich miejscach. Na więcej jednak nie było nas
stać. To był czas, żeby zamienić dziecięce marzenia na marzenia osoby prawie
dorosłej.
- Dawni znajomi.
Dawna rodzina. Od ich czasu… od
Blaina z nikim nie byłam na tyle blisko. Miałam znajomych, ale nie przyjaciół.
A na pewno już nie faceta. Między mną i Samem była chemia. To jasne. Oboje
wiedzieliśmy, do czego zmierza powoli nasza znajomość i nie mieliśmy zamiaru
tego zmieniać. Ale dawaliśmy sobie czas i przestrzeń. Byłam nim zafascynowana,
to trzeba przyznać.
- Sam?- zagadnęłam o wiele
ciszej, niż chciała.
- Tak?
- Ja umieram.
- Wiem, słońce.
Przekręciła się na bok,
podkuliłam kolana. Położył się koło mnie i pocałował mnie w skroń. Nie było nic
więcej do powiedzenia.
Kiedy się obudziłam, Sama już
nie było. Czułam się zmęczona sama nie wiem czym. Ciekawe, czy przespałam
kolację. Gdy tylko o niej pomyślałam, zaburczało mi głośno w brzuchu. W końcu
piłam dziś tylko sok.
Boso poczłapałam wzdłuż
korytarza. Chyba jednak przespałam kolację, bo przez wysokie okna wpadała już
tylko poświata księżyca. Czeka mnie
bezsenna noc… Może trochę postrzelam? Muszę się wyładować. Ale najpierw- muszę
się najeść.
Podszyte niepokojem głosy, kroki
wielu osób. Zastygłam w połowie korytarza. Kilka ciemnych sylwetek prawie
biegło w moją stronę. Pierwszego zauważyłam poszarganego, zmęczonego Dakotę.
Był wściekły, zdeterminowany i.. przerażony. Na rękach niósł Vivien.
Nieprzytomną, krwawiącą i trupio bladą.
- Satine! – krzyknął ktoś. - Idź
po Lemarie. Ona umiera.
Dobra, ruszyłam ten blog fabularnie. Pisałam to na fali weny, nie jestem pewna efektu. Ciężko mi się sprawdzało dziesięć stron tekstu na komputerze, więc na pewno przeoczyłam jakieś błędy. Poza tym wprowadziłam Reed, postać Bu, która jest dopiero planowana.
Eller
OdpowiedzUsuńTo jest perfekt
Spory ruch fabularny
Tak szczerze to tego potrzebowałam
Supi
A Reed jest taka, jaką ją chcę
Nie zabijaj pewnej osoby Eller!!! Wiesz o kim mówię
OdpowiedzUsuńPercy
O
OdpowiedzUsuńMÓJ
BOŻE
Kocham, jak opisujesz związek Vi i Dakoty. Tak, wiem, że pięknie rozwinęłaś fabułę, ale to mi się najbardziej rzuca w oczy :")
Vivien/Joshua Eruchinvaron/Hirato/Raphael
To mój ulubiony schemat związku xD
UsuńELLER
OdpowiedzUsuńNIE POZWALAM CI NIGDY PRZENIGDY TARGNĄĆ NA ŻYCIE NOAHA
A propos rozdziału - Vi jest przecudna (chociaż to nie moja postac, kocham ją, a akcja na koncu jest gkfcjjnxhf)
Lyra to też naukowiec nie zapominaj o tym, wiem, że pomysł z całowaniem był nasz wspólny, ale tylko Vi zachowuje się tak jak powinna. Młoda Carstairs wyszła jak nie grzesząca inteligencją dziewczynka, która zaspokaja ciekawość absurdalnym zachowaniem wobec innych osób; też musi być włączona w badania Vivien, bo siedzą w tym razem.
Reszta jest super idealnie, tylko ten jeden szczegół mnie boli:")
Kurde. Kurdekurdekurde. Widziałam, że coś zepsuję. Przepraszam <|3
UsuńALE ROZDZIAŁ JEST SUPER, SERIO ELCIA
Usuń