- Po prostu pójdzie z tyłu- rzuciłem, zanim wykład się zaczął. Vivien skrzywiła się, a Satine po prostu wzruszyła ramionami i dała nam przejść przodem.
Przez pięć minut szliśmy w błogosławionym milczeniu, ale wiedziałem, że to cisza przed burzą. Nie drgnąłem, gdy Satine odezwała się tym swoim wyniosłym, jękliwym głosem naburmoszonej księżniczki (Nocni Łowcy się nie wzdrygają) ale gdybym stał obok ściany, pewnie zacząłbym walić w nią głową. Lawina ruszyła.
- Dakota... -Zaciągnęła się ostatni raz i wyrzuciła niedopałek. - Gdzie ty zaparkowałeś ten błękitny złom?
Uśmiechnąłem się krzywo. Skąd ja wiedziałem, że o to spyta? Zamiast odpowiedzieć, po prostu złapałem ja za ramię i pchnąłem w stronę pasów, bo włączyło się zielone światło. Wyrwała się i zmierzyła mnie chłodnym wzrokiem, jakby szarpał ją na tyle mocno, żeby jej narobić siniaków. Suma sumarum, przywykłem już, że trzeba się z nią obchodzić mega delikatnie. Wrażliwiec.
- Byłoby szybciej, ale nas spowalniasz. Było nie zakładać szpilek. - W słowach Vivien nie było złośliwości.
- Szpilki nigdy nie są dla mnie problemem - odparła wyniośle blondynka, znudzonym gestem poprawiając duże, przeciwsłoneczne okulary. Wszystko, co robiła, miało charakterystyczny wyraz. W niektórych osobach na pewno mogła wzbudzać przez to szacunek lub podziw, ale ja się chyba do nich nie zaliczałem. Vivien tym bardziej, pozer ją drażnił.
- Teraz tak mówisz. Ciekawe co powiesz za...
- Koda jest zaparkowany tutaj! - powiedziałem z przesadnym entuzjazmem i posłałem rudowłosej znaczące spojrzenie. "Satine to beznadziejny przypadek, kochana. Jej nic nie udowodnisz, nie męcz się" - mówiło. Dziewczyna chyba tego nie zrozumiała, bo zmierzyła mnie zirytowanym spojrzeniem.
- Wybacz, Daky. Najwidoczniej środek mojego zdania przerwał początek twojego.
- Czy ty nazwałeś swój samochód?! - prawie w tym samym momencie wyparowała Satine. Na jej twarzy malowała się zgroza. Aż zdjęła okulary.
- To coś złego? - zapytała z prawdziwą ciekawością Vivien.
- To coś kobiecego.
- I kobieta nadała mu to imię - powiedziałem obojętnie, klepiąc autko po masce niemalże z czułością.
- Przecież to miał być Niebieski Złomek! - zaprotestowała Vivien, wykrzywiając usta w podkówkę. To było tak rozczulające i niepoważne, że musiałem się zaśmiać.
- Satine tak powiedziała. Coś jest nie tak w srebrnej toyocie?- Otworzyłem jej drzwi z przodu i pełnym galanterii gestem zaprosiłem do środka. Vivien zignorowała gest, a z kolei Satine nawet na niego nie poczekała, po prostu wpakowała się bez jakiejkolwiek gracji do środka.
Przekręciłem kluczyki w stacyjce.
- Dziewczynki, poznajcie Błękitnego Złomka. Złomku, to dziewczynki - powiedziała niskim, basowym głosem Vi, robiąc osobliwą minę. Pewnie był przy tym święcie przekonana, że mnie przypomina.
- Bez jaj. - Satine przesunęła się na środek tylnego siedzenia i nachyliła do przodu. - Nazwałeś auto Koda. - To wyszło jak stwierdzenie, nie pytanie. Z roztargnieniem wygładzała ćwieki na pieszczosze.
- Gwoli ścisłości nie ja, ale się przyjęło.
Vivien chciała włączyć radio, ale blondynka trzepnęła ją w dłoń, na co Withelaw udała, że kłapie na nią zębami.
- Złamane serce, sentyment, chwytanie się wspomnień i tego, co po sobie zostawiła była. -Satine odginała kolejne palce. - Ciekawe, jaka musiała być, żebyś teraz nie był wstanie zdobyć się na to, by przestać nazywać tę toyotę Koda - snuła śmiałe teorie, przy czym był ich niesamowicie pewna.
Nie odpowiedziałem, tylko zerknąłem kątem oka na rudowłosą. Słuchała nas, ale niezbyt uważnie. Siedziała skrzyżnie i próbowała wykręcić ramię tak, żeby zobaczyć swój łokieć.
- Dziurka - mruknęła z niesmakiem. - Dake nie wygląda na faceta, który da podeptać swoje serce byle której- dodała od niechcenia, gdy napotkała spojrzenie Satine. Dziewczyna bawiła się przeciwsłonecznymi okularami. - A propos. Serio powinnaś dać sobie spokój z obcasami. Wiesz, jakich możesz się nabawić haluksów?
Dyskutowały jeszcze przez chwilę o butach, a potem znów wróciły do "mojego serca". Śmiałem się z nich w duchu. Nie dość, że nie brzmiały w ogóle jak Nocne Łowczynie, a jak naiwne piętnastolatki, to do tego ich teorie, choć ich snucie przynosiło im widoczną przyjemność, były całkiem błędne. Nie psułem im jednak zabawy - sobie też nie. Gdyby tylko wiedziały... "Kodę" wymyśliła moja młodsza siostra Masters, zanim wyjechała uczyć się do Idrisu.
Kierowałem toyotę na północ od Salem, nie wtrącając się do dyskusji na temat potencjalnej łamaczki serc, "która uwiodła i wykorzystała nawet Kamiennego Dakyego", cytując Vivien. To ponoć jej wina, że wolałem zamknąć się w sobie i pielęgnować wspomnienia. Satine próbowała mnie sprowokować, jej towarzyszka po prostu się wygłupiała. Poznała mój charakter już dawno temu, choć kontakt nam się urwał, gdy nasze rodziny kilka lat temu przestały tak często kursować do Idrisu. Sprawa z Morgensternami ucichła na dobre i przez jakiś czas wszystko było... no, może nie spokojnie, ale klasycznie. Dopiero teraz, gdy Clave dowiedziało się o Skażonych, zrobiło się niebezpiecznie. O każdym zgonie dowiadywaliśmy się po fakcie, zważywszy na to, że część osób wychowała się wśród Przyziemnych, albo po prostu nie wiedziała. Cynthia Ravenscar dała nam możliwość działania. Dostarczyła nam spis nazwisk części obiektów, ale to nawet nie połowa... z tych pozostałych przy życiu. Dzisiejsza podróż jest po resztę.
Dojeżdżaliśmy na miejsce, kiedy dziewczyny ustaliły mniej więcej tak: (a) Wersja Vivien. Tragiczna, zakazana miłość. Mnie i moją wybrankę rozdzielono, albo któreś z nas zginęło (owszem, tak to sformułowała). (b) Wersja Satine. Ona była starszą ode mnie, wyrafinowaną, ale sprytną suką, a kiedy to się działo, nie byłem jeszcze gburem, ale wrażliwym nastolatkiem.
- W każdym razie - podjęła Vivien poważnym, ale dumnym głosem. - Jestem najważniejszą kobietą w jego życiu - poklepała mnie po policzku, jakbym był pięciolatkiem. Kłapnąłem na nią zębami, z chichotem zabrała dłoń. - Roszczę sobie prawa do przechrzczenia tego auta. - Niemal z czułością pogładziła tablicę rozdzielczą. - Błękitny Złomek.
Uśmiechnąłem się w duchu. Masters nie będzie zadowolona. O ile się dowie. Rodzice chcą ją jak najdłużej trzymać w Idrisie, z dala od naszego Instytutu, który stał się twierdzą w biernej wojnie. To stuprocentowa cisza przed burzą... Kwestią czasu jest, zanim Pełnokrwiści dowiedzą się, że w najlepszym Instytucie ukryto część Skażonych. Na razie spróbujemy zgromadzić ich jak najwięcej, przekonać, żeby zgodzili się wziąć w tym udział - to dotyczy akurat tych wychowanych jako Przyziemnych. Nie możemy ich do niczego zmusić. Do tej pory spora część z nich powyzywała Nefilim od wariatów i naturalnie się nie zgodziła.
Tknęła mnie myśl, co by było, gdyby Satine też odmówiła? Wzdrygnąłem się.
W każdym razie... W Instytucie są teraz nie tylko Skażeni. Ale też masa badaczy i trenerów. I zwierząt. Uchowaj Aniele... Cały czas coś się dzieje. Uciekam od problemów z książką do jedynego, spokojnego pomieszczenia- laboratorium Vivien. Ona pracowała, ja miałem święty spokój.
Zaparkowałem auto w uliczce miedzy dwoma kamieniczkami.
- To tu? - zapytała Satine, wychodząc z auta. Nie czekając na odpowiedź, odeszła kilka kroków, zakładając okulary na głowę. Cały czas się rozglądała niemal z fascynacją.
- Przypomnij mi, po co ją zabraliśmy? - mruknęła Vivien. Poczekała, aż zgaszę silnik i (tym razem) aż otworzę jej drzwi.
- Nuda Satine zagraża życiu innych. Poza tym... lubię ją - dodałem po chwili namysłu, co było prawdą. Dziewczyna zacisnęła wargi i trochę zbyt gwałtownym ruchem wyjęła stelę. Wyciągnąłem w jej stronę dłoń. Przez chwilę wydawała mi się rozdrażniona, ale runy wycinała jak zwykle szybko i sprawnie, ale zbyt mocno.
- Lemarie może być względem niej nieufna.
- Wręcz przeciwnie. - Wyjąłem jej stelę z dłoni i obróciłem tyłem do siebie. - Obecność Skażonej ją zafascynuje. Uważa się za "współtwórcę"- wyplułem ostatnie słowo. Runa na karku, na barku i ramieniu. Oparła na chwilę głowę o moje ramię.
- Kolejna rzecz z listy, którą będą odczytywać przed jej spaleniem na stosie. - Uśmiechnęła się drapieżnie. - Do roboty - mruknęła i nagle nie była śmiesznie ubraną, młodą kobietą, tylko Nocną Łowczynią. Wyrażała to postawą, gestem, tonem. Patrzyłem przez kilka sekund z nieznaną fascynacją w jej plecy, a potem ruszyłam za nią.
- Mieszka w którejś z tej kamienic? - zapytała Skażona, gdy przechodziliśmy obok niej. - Ma gust... Ej! Gdzie pędzicie? - ruszyła szybkim krokiem za nami.
- Po drugiej stronie, w tym domu. Dziewiętnastowieczny, angielski styl. - Vivien uśmiechnęła się kwaśno. Tego ich uczą w Węgierskich Instytutach?
- Czy jeśli każę ci zostać, to coś da?- zapytałem. - Yeiazel - szepnąłem, a serafickie ostrze zajarzyło się własnym światłem.
- Jezu! - Satine wstrzymała na chwilę oddech. - Po takim przedstawieniu? W życiu! - mimo swoich obcasów bez problemów pobiegła za nami.
Nie bawiliśmy się w grzeczne wyjście. Runy otwierające załatwiły sprawę.
Przed schodami leżał biały tygrys, wyciągnięty na całą swoją długość. Wielki łeb opierał na ostatnim schodku. Ostrzegłem wcześniej dziewczyny, że zwierz jest raczej nieszkodliwy. Obserwował nas spod przymkniętych powiek leniwym wzrokiem, gdy przeskoczyliśmy nad nim i wpadliśmy do domu.
Niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty tutaj. Dużo elementów z ciemnego drewna, wysokie okna. Praktyczność i chłodny perfekcyjny wystrój kłóciły się z bałaganem, opakowaniami po jedzeniu na wynos i setkami babilotów.
- Słowo daję - zabrzmiał znużony, kobiecy głos. - Nefilim to najbardziej nieokrzesana rasa, z jaką się spotkałam- Kroki na schodach. - Dlaczego nachodzicie mnie w moim domu?
Gdy zobaczyłem twarz Lemarie, wiedziałem od razu, że jej słowa to pozer.
- Wiesz, dlaczego przyszliśmy cię zabić, prawda? - zapytała Vivien. Kryształowy miecz trzymała pewnie, gotowa do ataku.
Zniknęła mina oburzonej księżniczki. Dałbym głowę, że oczy czarownicy błysnęły.
Zanim się odezwała, starannie wygładziła białą, zwiewną suknię.
- Ale? - Uniosła jedną brew. Vi odpowiedziała tym samym gestem. - Nie rozmawialibyście ze mną, gdybyście czegoś nie chcieli. Ostatnie słowa nie są łaską Nefilim - wyjaśniła obojętnie czarownica.
Gdy mówiła, ja i Whitelaw przemieściliśmy się nieznacznie, jakbyśmy podchodzili do wściekłego psa (czarownicę zdenerwowałoby to porównanie), tak, by odgrodzić jej dostęp do okien, schodów i drzwi wejściowych. Cały czas obracałem w dłoniach nóż Verlaców i Yeiazel, gotowy rzucić którymś w córkę Lilith.
Oparła się o ścianę. Z pobłażliwym uśmiechem przymknęła oczy.
- Spokojnie, Łowcy. Nie ucieknę wam, zanim się nie dowiem, co miałabym wam zaoferować za darowanie życia.
Whitelaw cmoknęła. Wyczuwała podstęp, ale nie znała Marie tak jak tutejsze Konklawe. Czarownica zawsze wolała sprawiać wrażenie skorej do współpracy, żeby leżeć w łaskach Nefilim.
- Skąd wiesz, że cię nie zabijemy i nie weźmiemy tego, czego potrzebujemy? - zapytała.
- Bo to jest tu, prawda? - Lemarie postukała się palcem skroń.
Podszedłem bliżej i przesunąłem ostrzem delikatnie po żyle tętniczej na szyi córki Lilith, jakbym sprawdzał, czy pasuje. Lemarie nawet nie drgnęła. Ze stalowym spojrzeniem uniosła wyżej podbródek. Zauważyłem skrawek jej krokodylej skóry.
- Przeprowadzałaś badania na Skażonych. - zacząłem cicho. - Uzupełniałaś o nich informacje, obserwowałaś byłe obiekty. W niektórych momentach nie mogłaś się powstrzymać i kończyło się to przypadkowymi zgonami.
- Kiedy jednak potrzebujecie owoców mojej pracy, wasza moralność znika i darujecie mi... Defektywne skutki? - uśmiechnęła się uroczo.
- Dokładnie - rzuciłem chłodno.
- Informacje - zaczęła Vivien. - Żądamy do nich dostępu. Ja żądam. Przeprowadzisz się do Instytutu i wraz ze mną będziesz pracować nad Skażeniem.- Błysnęła uśmiechem. - Tego przecież chciałaś.
- Na twoich warunkach - mruknęła kwaśno Lemarie.
- Na moich warunkach.
Westchnęła.
- Jutro rano z tygrysem i walizką będę w Instytucie.
Zabrałem nóż. Ten element delikatnej perswazji nie był już potrzebny.
- Wiesz, co cię spotka, jeśli się nie wywiążesz? - upewniłem się.
- Bardziej niż wojownikami, jesteście psami gończymi - skomentowała.
- Chcę wiedzieć wszystko o runach. Czy próbowałaś nakładać je nastoletnim Skażonym - część wychowanych jako Nefilim przecież jakoś je znosi. Czy na resztę to będzie miało negatywny wpływ? Nie zadziała? Przygotuj się - rzuciła, chowając miecz do pochwy.
- Dlaczego się zgodziłaś?
Głos Satine przypomniał nam o jej obecności.
- No proszę... Satine Dieudonne, prawda? - Lemarie uśmiechnęła się do blondynki. - Tak wiele musisz się jeszcze nauczyć o swoim rodzaju.
***
W drodze powrotnej mniej rozmawialiśmy. Vivien wydawała się dziwnie najeżona, Satine pewnie rozmyślała nad tym, co powiedziała Lemarie. Czy żałowała teraz, że zgodziła się na życie Nefilim? Czy na początku błędnie brała nas za bohaterów z komiksów?
Zaparkowaliśmy Złomka w tym samym miejscu i w świetle latarni ulicznych i wystaw sklepowych ruszyliśmy aleją.
-Właściwie skąd wziął się Złomek? - zapytała z roztargnieniem Vivien.
- Często psuje nam się Brama. - Wzruszyłem ramionami. - Mogę?- zapytałem, wyjmując paczkę papierosów.
- Zapalcie, pójdę przodem.
Nie czekając na odpowiedź, przyśpieszyła kroku, a już po chwili zniknęła za zakrętem.
Satine pożyczyła mi swoją czarną zapalniczkę.
- Chcesz mnie o coś zapytać? - zapytałem i wypuściłem dym przez nos.
Pokręciła głową.
- Chyba nie sformułuję żadnego konkretnego pytania. - Ale już po chwili dodała: - Po co była ta szopka z nożami? Lemarie.. nie stwarzała problemów. - Chwilę zastanawiała się nad ostatnim sformułowaniem, zanim je wypowiedziała.
- Nie chciałabyś wiedzieć, jak by to wyglądało bez noży... - mruknąłem.
- A magia? Dlaczego jej nie użyła?
Poklepałem się po barku.
- Runy. Magia by nic nie podziałała, a ciebie Lemarie by nie skrzywdziła.
Dalej nasuwał się temat o tym, jak często Skażeni są traktowani przedmiotowo, ale go nie podjęliśmy.
Gdy weszliśmy do Instytutu, Noah właśnie zaglądał do różnych pomieszczeń i informował wszystkich, że zrobił zjadliwą kolację. Po piętach cały czas deptał mu Angyal, golden retriver Whitelawów, poszczekując i ocierając się o nogi wilkołaka. Słowo "zjadliwa" brzmiało co najmniej groźnie, ale z drugiej strony Noah był jedyną osobą, której chciało się bawić w masową produkcję w kuchni.
- Dakota! - Podszedł do mnie energicznym krokiem, jak zwykle szeroko uśmiechnięty. - Poszedłbyś po Vivien? Nie chcę wchodzić do jaskini lwa.
- Chodzi o laboratorium? - upewniłem się, odpinając pas z bronią.
- Tia, Naukowcy są dziwni, traktują te miejsca jak prywatne rezydencje. W każdym razie ty znasz jakieś tajne hasło wstępu do klubu, więc skocz do niej. - Machnąłem na niego ręką. Jak zwykle za dużo gadał bez sensu.
Laboratoria zostały urządzone w najbardziej oddalonych pomieszczeniach na parterze. Gubiłem się, które jest czyje, znałem tylko to Vivien.
Po raz pierwszy zapukałem, zanim wszedłem. Światła były wyłączone.
Opierała się o stół laboratoryjny z założonymi rękoma i pustym wzrokiem. Na parapecie zauważyłem moją książkę.
- Nadeszła chwila grozy - ukośnik - kolacji. Niepotrzebne skreślić. Noah dziś gotował, nie twoja mama - dodałem, zamykając za sobą drzwi.
- Nie wierzę, że to powiem, ale... nie jestem głodna- zaśmiała się nerwowo.
- Coś się stało?- zapytałem.
- Stało?
- Chcesz o tym pogadać?
- Niekoniecznie.
- Okay.
- Okay- odparła wypranym z emocji głosem.
Wsunąłem dłonie do kieszeni i czekałem sam nie wiem na co.
- Kochasz Satine?- zapytała nagle.
- Co?
- Zrozumiałeś chyba pytanie - mruknęła skonsternowana, skubiąc niteczki swetra na łokciu, takim, gdzie ubranie się podarło.
- Nie znam jej. - Z drugiej strony przemknęło mi przez myśl, że nie trzeba kogoś kochać, by z nim być i go pożądać. To idea szczenięcych związków z liceum, a nie relacji dorosłych ludzi.
- Boże. Nie możesz odpowiadać konkretnie?- warknęła, po raz pierwszy na mnie spoglądając.
Nigdy nie reagowałem na jej gniew gniewem. Miałem tylko chore przeczucie, że ją zawiodłem.
- Nie.
Odwróciła się do mnie plecami, wbijając paznokcie w swoje ramiona. Zadarła głowę do góry, wzdychając ciężko, jakby próbowała zapobiec ściskowi gardła.
- Vivien. - Zdziwił mnie niepokój we własnym głosie.
- A dziewczyna od Kody?
- Moja siostra.
Cisza. Rudowłosa gładziła palcem brzeg jakiejś probówki.
Poczułem uścisk w gardle. Vivien nie bawiła się w półsłówka i niedomówienia. Nie odwracała się plecami.
- Mam z tobą zostać? - zapytałem, kładąc dłoń na jej ramieniu. Jasne było, że nie wyjdzie teraz z laboratorium, prosto w rozgardiasz i szum licznych dyskusji.
Nakryła dłonią moją dłoń i zadała kolejne pytanie:
- Co byś zrobił, gdybym cię teraz pocałowała?
Obróciłem ją w swoją stronę. Miała niezwykłą twarz tego rodzaju, o jakim pisze się piosenki i wiersze, i listy samobójcze. Egzotyczny rodzaj urody, doprowadzający do obłędu.
- Nie kocham cię - powiedziałem cicho, łaskocząc jej ucho oddechem. Zadrżała.
- Ja też chyba cię nie kocham - odparła, wsuwając palce w szlufki moich spodni i znów śmiejąc się nerwowo.
- Ale możliwe, że zakochuję się w tobie - dodałem, ale dopiero po chwili dotarła do mnie prawdziwość tych słów. Ostrożnie oparłem dłonie na jej talii.
- Zakochuję się w tobie to dobre sformułowanie - mruknęła. Dotknęła swoim czołem mojego i przymknęła oczy.
FANFARY I TE SPRAWY PROSZĘ. SKOŃCZYŁAM. NARESZCIE. TAAAAAK. Obiecywałam wam to już pierdyliard razy :") W końcu nadszedł ten wiekopomny dzień XD Na swoją obronę dodam, że przyłożyłam się do pracy, charakterów i wizerunków, wiele razy to zmieniałam, poprawiałam, dopracowywałam. Kocham was wszystkie gwiazdwyweczky tak bardzo <3 Lecę oglądać serial >u<
FANFARY I TE SPRAWY PROSZĘ. SKOŃCZYŁAM. NARESZCIE. TAAAAAK. Obiecywałam wam to już pierdyliard razy :") W końcu nadszedł ten wiekopomny dzień XD Na swoją obronę dodam, że przyłożyłam się do pracy, charakterów i wizerunków, wiele razy to zmieniałam, poprawiałam, dopracowywałam. Kocham was wszystkie gwiazdwyweczky tak bardzo <3 Lecę oglądać serial >u<
[Kocham Dake'a. Kocham Davien.
OdpowiedzUsuńNie mam więcej do dodania, chcę już pisać mój fragment ;-;]
~Vivien/Joshua Eruchinvaron II/Raphael
[Wreszcie dodałaś, Ell! Teraz moja kolej, aso. Pamiętam o dedyku dla matki mojego pisarstwa :') Jezus, piszę jak prawdziwy pokemon.]
OdpowiedzUsuń- Bastian & Lyra & Lemarie
Boże Eller! Zrujnowałaś mnie ;-; Jak ja mam pisać po takim rozpoczęciu?! ❤ Genialny ❤ Aż mam ochotę zrezygnować, żeby się nie zbłaźnić z moim pisaniem :) A niebieski złomek to moja ulubiona postać :3
OdpowiedzUsuńNiebieski Złomek ❤ Świetny rozdział, czytanie twoich prac zawsze mnie motywuje ;) Czekam na ciąg dalszy ;)
OdpowiedzUsuń